Policjant sam lubił wymierzać „sprawiedliwość”. Choćby na śmierć

Reklama

pon., 04/19/2021 - 06:39 -- zzz

Od śmierci 30-letniego Marcina minęły prawie dwa tygodnie, ale nadal jest to najważniejszy temat w Piątku, miasteczku, które do tej pory było znane tylko z tego, że leży w samym środku Polski. W sprawie śmierci mężczyzny aresztowano tymczasowo dwoje policjantów. - Dopiero teraz czujemy się bezpieczniej, bo wiemy, że ten policjant jest w areszcie. To jakiś psychopata. Zawsze był wulgarny i agresywny. Tacy ludzie nie powinni służyć w policji - mówi jeden z mieszkańców Piątku.

 

Przed komisariatem w Piątku wciąż płoną znicze, które przynieśli mieszkańcy. Wielu z nich nie może uwierzyć w to, co się stało. - Przecież tak się nie traktuje ludzi. To szokujące, że takiej zbrodni dopuścili się policjanci - mówi kobieta, którą spotkaliśmy z dzieckiem na placu zabaw obok komisariatu.

Sąd aresztował w sobotę, 10 kwietnia na trzy miesiące 33-letniego policjanta i 35-letnią policjantkę z komisariatu w Piątku. Oboje są podejrzani w sprawie śmierci 30-letniego mieszkańca tego miasta, którego ciało znaleziono w Wielką Sobotę w lesie w Janowicach, kilka kilometrów od Piątku. Dzień wcześniej około godziny 23 ci właśnie policjanci interweniowali w jego mieszkaniu w związku z awanturą, którą wszczął pod wpływem alkoholu. 30-latek mieszkał tam z matką i starszym o pięć lat bratem. Obaj pracowali dorywczo.

Policję wezwała matka. Przebieg interwencji jest teraz szczegółowo wyjaśniany przez śledczych. 33-letniemu funkcjonariuszowi postawiono zarzut przekroczenia uprawnień i spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, którego następstwem była śmierć pokrzywdzonego, a także bezprawnego pozbawienia wolności 30-latka oraz naruszenia nietykalności cielesnej jego brata. Policjantowi grozi za to kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Policja przybyła do mieszkania pół godziny po awanturze. Weszli do środka, a wtedy policjant wpadł w jakiś szał i zaczął kopać leżącego Marcina. Złapał go za włosy i wyciągnął na klatkę schodową

Natomiast 35-letnia funkcjonariuszka podejrzana jest o niedopełnienie obowiązków służbowych, narażenie pokrzywdzonych na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia bądź ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, a także o poświadczenie nieprawdy w notatniku służbowym i poplecznictwo. Grozi jej do pięciu lat więzienia.

Zdążył tylko założyć klapki

Blok, w którym mieszka Marcin, jest oddalony zaledwie 200 m od komendy. To osiedle, jakich tysiące w Polsce. Kilka bloków, sklep, plac zabaw i pizzeria.

- Szkoda go. Kupował w sklepie głównie alkohol, ale nigdy się tu nie awanturował. Zawsze był kulturalny i bardzo miły. Nie był święty, ale zachowania policji nic nie usprawiedliwia - mówi sprzedawczyni ze sklepu osiedlowego.

- Tego dnia Marcin kłócił się z mamą i ona zadzwoniła na policję - mówi Łukasz Kaźmierczak, brat zabitego 30-latka. - Wkrótce emocje opadły, a Marcin położył się w naszym pokoju na materacu i zasnął. Policja przybyła do mieszkania pół godziny po awanturze. Weszli do środka, a wtedy policjant wpadł w jakiś szał i zaczął kopać leżącego Marcina. Prosiłem go, aby przestał, przecież on spał i już się nie awanturował. Nie pomogło. Policjantka w tym czasie stała w przedpokoju i się przyglądała. Marcin nie mógł złapać oddechu. Usiadł, a policjant złapał go za włosy i wyciągnął na klatkę schodową. Brat zdążył tylko założyć klapki. Wtedy widziałem go ostatni raz. Usłyszeliśmy jeszcze jakiś huk na klatce. Pomyśleliśmy, że zabiorą brata do komisariatu na dołek i gdy wytrzeźwieje, to do nas wróci...

Gdy Łukasz w Wielką Sobotę rano wychodził do pracy, brata jeszcze nie było.

- Gdy wracałem, wszedłem do sklepu i usłyszałem, że podobno mój brat nie żyje. Uznałem to za jakiś żart, przecież ktoś by nas o tym poinformował. Do mamy zadzwoniła koleżanka z pytaniem, czy to prawda. Mama natychmiast poszła na komisariat i dopiero tam potwierdzili jej tę straszną informację. Mam ogromny żal do policji za to, co zrobili. Nie popuszczę im tego. Marcin był dobrym człowiekiem. Były między nami czasem jakieś awantury, jak to w rodzinie, ale on by nigdy nikogo nie skrzywdził - dodaje brat zmarłego.

Policja i prokurator w mieszkaniu pojawili się po kilku dniach. Zbierali dowody i szukali śladów krwi.

Śledczy nie chcą zbyt wiele mówić w tej sprawie. Wiadomo, że ciało 30-latka w lesie pod Piątkiem (rano w Wielką Sobotę) znalazł mieszkaniec sąsiedniej wsi. Teraz leżą w tym miejscu tylko gumowe rękawiczki. Pewnie zostawił je policyjny technik. Jedni mieszkańcy opowiadają, że denat miał połamane żebra, inni mówią o pękniętej śledzionie. - Zwłoki były ubrane. Klapki leżały po obu stronach polnej drogi. Nie widziałem siniaków, ani ran kłutych. Na ustach była krew. Wiedziałem, że znam tego człowieka, ale byłem w takim szoku, że dopiero później dotarło do mnie, że to Marcin. Chodziliśmy razem do klasy - mówi mężczyzna, który znalazł ciało.

- Sekcja zwłok wykazała, że prawdopodobną przyczyną śmierci były rozległe obrażenia wewnętrzne, które mogły zostać spowodowane działaniem innych osób - mówi Krzysztof Kopania, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Łodzi.

Wywoził do lasu i bił

Śledczy ustalają, co dokładnie wydarzyło się po zabraniu Marcina z domu przez policjantów. Żadnych wątpliwości w tej sprawie nie mają koledzy z osiedla zmarłego mężczyzny. Twierdzą, że Marcin nie był pierwszą osobą, która została pobita przez tego funkcjonariusza. Powód? Najczęściej chodziło o picie alkoholu w miejscu publicznym i awantury domowe.

- Miesiąc temu zostałem pobity przez tego policjanta, ale na komisariacie. Próbowałem nawet to nagrać, ale zniszczył mi telefon. Do tej pory mam ślady na ciele po pobiciu (mężczyzna pokazuje siniaki w okolicach miednicy). Mogę przedstawić co najmniej 20 osób, które zostały pobite i wywiezione do lasu przez tego gliniarza. Później musiały wracać pieszo do domu. On miał taki zwyczaj. Pobić kogoś i zostawić w nocy w lesie - mówi 29-letni Sebastian, kolega zmarłego.

- Ten policjant był jakiś nadpobudliwy. Z innymi funkcjonariuszami z Piątku nigdy nie mieliśmy takich problemów. Wypisywali nam mandaty za picie i odjeżdżali. Natomiast ten, jak widział, że siedzimy na ławce, to już się krzywo patrzył, potrafił podejść, kopnąć i wylać piwo. Inni policjanci odwracali wtedy wzrok. Ostatnio jednak nawet ta aresztowana policjantka, która chodziła z nim na interwencje, stała się agresywna. Jakiś czas temu pokłóciłem się z bratem i uderzyłem go, a on wezwał policję. Przyjechał ten funkcjonariusz razem z tą policjantką. W domu mnie skopali. Ten policjant już wcześniej kilkukrotnie wywoził mnie do lasu i tam bił. Byłem pobity w lesie w Goślubiu, Michałówce i Witowie. Później w nocy wracałem do domu w Piątku piechotą - twierdzi 27-letni Ryszard.

Gdy pytamy, dlaczego nie zawiadomili organów ścigania, obaj mężczyźni odpowiadają, że to zrobią, ale dopiero jak będzie sprawa w sądzie. - Marcin był naszym przyjacielem. Nie zostawiamy tak tej sprawy, jesteśmy mu to winni - twierdzą.

- Marcina znałem od lat. Chodziliśmy kiedyś do gminnego ośrodka kultury pograć w pingponga. Raczej nie był agresywny, czasem bił się, ale tylko z bratem. To było chucherko, trudno było się go bać - mówi inny kolega Marcina. - A o wywożeniu ludzi do lasu przez tego policjanta słyszałem, chociaż sam nie widziałem. Miałem z nim natomiast styczność ze trzy lata temu. Jechałem z kolegą i przekroczyliśmy prędkość. Gdy wysiedliśmy z auta, rzucił mnie na maskę, zrobił przeszukanie i zerwał mi łańcuszek z szyi. Był bardzo wulgarny. Mam wrażenie, że dopiero teraz niektórzy mieszkańcy mogą czuć się bezpiecznie, bo go zamknęli - mówi 24-latek z Piątku.

Na komisariacie w Piątku nie chcą rozmawiać o swoim koledze. Odsyłają do rzecznika prasowego.

- Trudno mi się odnosić do opinii o tym policjancie. To nie my generujemy interwencje, tylko na nie jeździmy po sygnałach od mieszkańców - stwierdził jeden z funkcjonariuszy komisariatu.

- Ludzie z tak zwanego marginesu na pewno nie pochwalą tego policjanta, bo często interweniował u nas pod sklepem, dbał o porządek i kazał wylewać im alkohol. Dla mnie był zawsze uprzejmy. Nie mogę powiedzieć na niego złego słowa - mówi z kolei ekspedientka ze sklepu w Górze św. Małgorzaty.

Dwa dni przed zatrzymaniem policja pochwaliła oskarżonego funkcjonariusza. W komunikacie do mediów napisano, że mł. asp. Kamil C. i asp. szt. Sebastian Kieliszek, kierownik posterunku w Piątku, razem ugasili płonące auto, a dzięki ich bohaterskiej postawie ogień nie przeniósł się na budynki gospodarcze. Dołączono do tego zdjęcie obu mundurowych z mł. insp. Zbigniewem Gruszczyńskim, komendantem powiatowym policji w Łęczycy.

Dwa dni później Kamil. C był już w areszcie.

Autor: 
Dariusz Gabryelski
Źródło: 
poranny.pl

Reklama

plportal.pl