CHODZIŁ W MASCE Z LUDZKIEJ SKÓRY

Reklama

pon., 05/31/2021 - 07:52 -- zzz

26-letni Władysław W. z Brzyczyny w Małopolsce zabił ojca, odciął mu głowę, a następnie zdjął z niej skórę i zrobił maskę. W tej masce chodził po wsi, udając własnego ojca.

Rano 30 maja 1999 roku Józef  W. wyszedł na podwórze domu w Brzyczynie koło Skawiny, gdzie mieszkał razem ze swoim synem Witoldem oraz wnukiem Władysławem. Nieopodal domu, z pochyloną głową, odzianą w kapelusz,  siedział jego syn. Starszy mężczyzna zauważył, że Witold ma dziwne czerwone plamy za uszami. Kiedy go o to zapytał, usłyszał, że pobrudził się farbą. Staruszek jeszcze wtedy  nie wiedział, że rozmawia ze swoim wnukiem.

Ciało bez głowy

Odszedł do swoich prac przy gospodarstwie, oporządzania kurcząt. Potem zjadł z synem śniadanie. Czuł, że coś jest nie w porządku. To nie był głos jego syna. Nigdzie też nie widział wnuka. Około południa w poszukiwaniu syna wszedł do piwnicy. Jego oczom ukazał się makabryczny widok.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

 

Niekompletne zwłoki Witolda W. wisiały przymocowane za nogi do kraty okna. Nigdzie nie było widać głowy.  Pomimo szoku jakiego doznał, Józef udał się do domu zaprzyjaźnionego małżeństwa w sąsiedniej miejscowości i stamtąd powiadomili policję.

Przybyli do Brzyczyny policjanci rozpoczęli poszukiwania Władysława W. Znaleźli go wieczorem na przystanku autobusowym w Libertowie przy tzw. Zakopiance. Mężczyzna miał dziwnie wygolone włosy, był spokojny i z uśmiechem na twarzy zwrócił się do policjantów: – No to mnie macie. Równocześnie z poszukiwaniem, a potem zatrzymaniem mordercy, w domu zajmowanym przez rodzinę W. prowadzone były oględziny i przeszukanie. Początkowo policjanci próbowali powiązać osobę Władysława W. z zabójstwem Katarzyny Z. 23-letniej studentki psychologii z Krakowa, która zaginęła w listopadzie 1998 roku, a jej ciało zostało oskórowane.  Później jednak okazało się, że te dwie sprawy się ze sobą nie łączą.

Wymarzona ojczyzna

Rodzina Józefa W. wywodziła się z Drohobycza. We wrześniu 1939 roku  zostali wywiezieni przez NKWD do  Kazachstanu. W 1941 roku Józef  W. został zmobilizowany i wysłany na Kaukaz. Rannego podczas nalotu, leczono w szpitalu w Nalczyku  (stolica Republiki Kabardyjsko-Bałkarskiej w Rosji),  tam też odwiedzili go rodzice i już pozostali na stałe. Po wojnie Józef ożenił się z Rosjanką i ukończył studia. Wiodło im się dosyć dobrze. Przed przyjazdem do Polski, owdowiały już Józef – lekarz stomatolog, pomimo swojego wieku wykładał w policealnej szkole dla techników  dentystycznych. Jego jedyny  syn Witold –  technik dentystyczny, był cenionym  protetykiem. Najmłodszy z rodu Władysław przyjechał do Polski na studia na początku lat 90. ubiegłego wieku. Bardzo krótko studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim medycynę, a następnie psychologię.

W 1994 roku Witold W. sprzedał swój dobytek i wykupił od banku piętrowy dom na skraju wsi Brzyczyna niedaleko Skawiny. Wybrał okolice Krakowa, który bardzo mu się spodobał. Babka zaszczepiła w nim tak wielką miłość do Polski, że jego jedynym  celem stał się powrót do ojczyzny przodków.

Do domu w Brzyczynie sprowadził swojego ojca. Żona wraz z córką pozostały w Nalczyku, miały dojechać, kiedy się urządzi i znajdzie pracę. Tu miał być jego wymarzony raj.

 Niestety, mężczyźni formalnie nie byli repatriantami, co uniemożliwiło zdobycie pracy. Witold próbował sił jako pracownik fizyczny, szybko jednak zrezygnował, nie nadawał się do tej pracy. Mężczyźni utrzymywali się z pieniędzy, które pozostały im po sprzedaży domu na Kaukazie i kupnie nowego. Z emerytury nestora rodu chwilowo utrzymywały się żona Witolda z córką, pozostawione w Rosji. Mężczyźni żyli biednie, korzystali z darmowych obiadów dla ubogich. Pieniądze ze sprzedaży domu w Rosji topniały. Z gminy dostali zapomogę, pomagali też sąsiedzi. Witold, który tak marzył o Polsce i bronił się przed powrotem na Kaukaz, poddał się. Nie byli w stanie tak dalej żyć. Razem z ojcem w jednym mieszkaniu, bez stałego utrzymania. Bez środków do życia, bez pracy. Postanowił, że wracają na Kaukaz.

Panowie W. byli  spokojni, kulturalni, lubiani przez sąsiadów.

Drzemała w nim bestia

Władysław studiował i mieszkał w Krakowie. Z ojcem i dziadkiem zamieszkał trzy miesiące przed tragicznym zdarzeniem, kiedy został wyrzucony ze studiów. Znajoma rodziny opisała go jako spokojnego, zamyślonego. Gdy gościł u niej w domu razem z dziadkiem i ojcem, to przysłuchiwał się, ale sam nie wtrącał się do rozmowy. Nikt nie przypuszczał, że drzemie w nim bestia, zdolna do tak odrażającej zbrodni.

Do dziś znajomi rodziny W. z odrazą wspominają mordercę w masce z ludzkiej skóry. Zastanawiają się, kim trzeba być, żeby zabić swojego ojca i jeszcze go tak okaleczyć. Odpowiedź nasuwa się sama.

W niedzielę 30 maja 1999 roku około godziny 19.40, kiedy Józef  i Witold  (52 lata) szykowali się do spania, do pokoju wszedł Władysław. Pod pozorem pomocy w jakichś pracach w gospodarstwie, wywabił ojca z domu. W piwnicy  poraził go paralizatorem, następnie zaczął zadawać rany przygotowanym wcześniej szpikulcem. Kiedy ojciec się przewrócił, pomagał sobie nogami. Uderzał w okolice karku i serca. Nieżywego ojca powiesił za nogi do kraty piwnicznego okna, szpadlem odciął mu głowę. Odpreparował skórę wraz z włosami z czaszki, natarł od wewnątrz solą. Głowę  pozbawioną skóry wyrzucił pod balkon w chwasty. Zszył skórę na kształt maski, wykleił plastrami, sobie wygolił włosy z przodu i boku głowy,  po czym  nałożył maskę.

Te czynności zajęły mu prawie całą noc. Włożył na siebie ojca ubranie, głowę przykrył kapeluszem i owinął się szalikiem, starał się naśladować chód ojca. Chciał się przekonać, czy rozpozna go niedowidzący dziadek. Gdy w takim przebraniu podszedł do drogi, ukłonił się przechodzącemu sąsiadowi, który dopiero po ujawnieniu zbrodni zorientował się, że rozmawiał z przebranym mordercą. Potem siedzącego na ławce widział go dziadek. Władysława początkowo bawiło to, że ani sąsiad, ani dziadek go nie rozpoznali. Zjadł jeszcze z dziadkiem śniadanie, cały czas udając swojego ojca, a potem się przespał. A kiedy wstał około południa, dziadek, który  odkrył ciało swojego syna, powiedział mu, że idzie do znajomego zadzwonić po policję. Wtedy Władysław porzucił maskę i uciekł.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Zemsta za matkę

 Przybyli na miejsce policjanci zobaczyli przerażający widok. W piwnicy wisiały okaleczone zwłoki mężczyzny, a na podłodze leżała porzucona maska wykonana z ludzkiej skóry. Głowę mężczyzny znaleziono pod balkonem.

Józef wskazał na wnuka, jako na sprawcę zabójstwa Witolda. Ponieważ nie było go w domu, podjęto poszukiwania.

Policjanci dokonali oględzin miejsca zdarzenia, a także przeszukali dom. Liczyli, że znajdą ślady lub dowody, które powiążą zabójstwo Witolda W. z zabójstwem Katarzyny Z. z Krakowa. W styczniu 1999 roku płaszcz uszyty z jej skóry oraz nogę wyłowiono z Wisły. Tak się złożyło, że Katarzyna Z. była studentką Wydziału Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, na którym studiował także Władysław W.  W toku śledztwa ustalono jednak, że tych spraw nie da się powiązać. Poszukiwania Władysława przyniosły pozytywny efekt.

Tak powiedział do policjantów,  po tym jak zatrzymali go na przystanku w Libertowie koło Krakowa. Od razu przyznał się do zabójstwa ojca. Sposób, w jaki zabił ojca, nawiązuje do rytualnego zabójstwa barana, w którym kiedyś uczestniczył na Kaukazie.

Jak zeznawał w śledztwie, ojca zabił, bo czuł do niego złość. Miał żal, że jeszcze w Rosji zdradził matkę. Nie lubił ojca i uważał, że on też go nie lubił. Zarzucał mu, że był apodyktyczny. Ojciec miał na niego bardzo duży wpływ, nawet kierunek studiów wybrał za niego. Dlatego, gdy porzucił medycynę, konflikt między nimi się pogłębił. Denerwowała go bezradność ojca. Uważał, że porzucił rodzinę, bo matka i siostra pozostały na Kaukazie. Nie chciał, aby ojciec wrócił do Rosji.

Bezpośrednio po zabójstwie Witolda, jego ojciec żalił się do znajomych, że wnuk planował wyjechać do Francji i na ten cel żądał od ojca pieniędzy. Chciał, aby Witold dał mu to, co zostało ze sprzedaży domu w Nalczyku, nie interesowało go, z czego oni będą żyli.

Po zabójstwie jedynego syna Józef nie chciał wracać na Kaukaz. Nie miał do czego. Zamieszkał u swojej krewnej w Soczi. Przez pewien czas kontaktował się jeszcze ze znajomymi z Polski. To z powodu jego wyjazdu przedłużało się śledztwo prowadzone przez krakowską policję. Prośba o pomoc prawną – przesłuchanie Józefa W., wstrzymała śledztwo na wiele miesięcy.

 Na zawsze w Polsce

 W listopadzie 2001 roku Sąd Okręgowy w Krakowie skazał Władysława W.  na karę 25 lat pozbawienia wolności.  Ojcobójca działał z premedytacją, z wielkim okrucieństwem, a zbrodniczego czynu dokonał z zemsty, czyli z niskich pobudek i motywów zasługujących na szczególne potępienie.

Biegli uznali, że miał w stopniu znacznym ograniczoną zdolność rozpoznania znaczenia czynu i pokierowania swoim zachowaniem. Karę miał odbywać w zakładzie karnym, w którym prowadzi się leczenie psychiatryczno-psychologiczne. O warunkowe przedterminowe zwolnienie będzie się mógł ubiegać dopiero po odbyciu 20 lat kary.

 

W lutym 2003 roku sąd przychylił się do wniosku Władysława W. i wyraził zgodę na odbywanie przez niego kary w Rosji. W obu krajach wyroki za tego rodzaju przestępstwo są podobne, a poza tym skazany posiada rosyjskie obywatelstwo. O przeniesienie syna do rosyjskiego więzienia zabiegała także Ludmiła W., która nie miała do niego żalu za zabójstwo ojca. W rozmowie ze znajomą bardziej użalała się nad tym, że przez to, co zrobił, musi przebywać w więzieniu, tak daleko od domu. Pomimo iż dom oraz działkę w Polsce po śmierci Witolda dziedziczył Józef W., to ona zajęła się sprzedażą.

Witold W. już na zawsze pozostał w wymarzonej ojczyźnie, jego grób znajduje się niedaleko Krakowa, który szczególnie sobie upodobał.

Autor: 
crime.com.pl
Źródło: 
Lidia Mulewicz

Reklama

plportal.pl