GANG BRACIAKÓW: ZWYRODNIALI SUTENERZY - HANDLARZE NARKOTYKÓW

Do tego zdarzenia mogło nie dojść. Polska prostytutka spłonęła żywcem w Danii. Według naszych informatorów za tą zbrodnią kryje się grupa przestępcza, o której Onet poinformował policję wiele miesięcy wcześniej. Teraz odkrywamy kulisty tej tragedii.

Początek czerwca 2016 r. "Witam, czy to pan pisał o braciach?" - czytam w e-mailu, który późnym popołudniem przychodzi na moją redakcyjną skrzynkę od osoby podpisanej jako Atrakcyjna Nicola.

"Tak, kiedyś pisałem. Czy ma może pani jakieś nowe lub stare informacje na ten temat?" - odpisuję zdziwiony, bo sprawę braci nie tylko ja, ale chyba i inni dziennikarze uważaliśmy za zamkniętą. Przecież wsadzono ich do aresztu. Co prawda potem wyszli na wolność, ale wciąż są w trakcie trudnego dla nich procesu.

"A czy ktoś się w ogóle tym interesuje? Bo mam wrażenie, że śmieją się wszystkim w nos. A w Polsce nie ma ich na pewno" - pisze w kolejnym e-mailu Atrakcyjna Nicola.

Wkrótce, żeby przekonać mnie do siebie, przesyła mi link do ogłoszenia prostytutki w Danii. Znajduję tam fotografię roznegliżowanej brunetki ze sztucznym biustem i z tatuażem na ramieniu z napisem "Pana Arka". Do złudzenia przypomina tatuaże, których zdjęcia jakiś czas temu obiegły światowe media. Sugerowały wprost, że znakowane w ten sposób dziewczyny stawały się praktycznie własnością znanego gangu Braciaków.

Sprawdzam, czy to zdjęcie brunetki widniało w sieci już wcześniej. Nie znajduję - ani w internecie, ani w swoich materiałach z tej sprawy, które zgromadziłem trzy lata wcześniej, gdy o Braciakach dopiero zaczynało robić się głośno. Wszystko wskazuje na to, że to ogłoszenie jest prawdziwe.

Podobny obraz

Grupa, której jeszcze w Trójmieście nie było

16 września 2013 r. Prawie trzy lata przed wiadomością od Atrakcyjnej Nicoli.

Policja udostępnia dziennikarzom nagranie z brutalnego zatrzymania mężczyzny i kobiety na parkingu w Gdyni. Odbyło się na oczach przechodniów. Drugi film z tej samej akcji pokazuje wnętrze lokalu agencji towarzyskiej, tzw. mieszkaniówki. Na nagraniu widać, jak pracujące tam kobiety leżą na podłodze po nalocie policji.

Mieszkaniówki to plaga Wybrzeża, według mundurowych rosną jak grzyby po deszczu. Śledczy są zadowoleni z zatrzymania i mają ku temu powody. Podają statystyki: 12 ujętych osób, 5 zlikwidowanych mieszkaniówek, 6 kg zarekwirowanej marihuany, 1,2 kg amfetaminy i 0,5 kg kokainy. Zabezpieczyli też majątek podejrzanych o wartości 700 tys. zł. Liczbę prostytutek, które miały pracować dla gangu, szacują na około 40. Zakładają, że wszystkie mogą otrzymać status pokrzywdzonych. Znają nazwiska kilkunastu z nich. Uważają, że szajką dowodził 30-latek ze środowiska miejscowych pseudokibiców.

To duża sprawa, tyle że w Trójmieście prawie na nikim nie robi większego wrażenia. Tam co jakiś czas policja rozbija potężne grupy alfonsów, nierzadko znajdując przy nich arsenały broni. Chociaż dziś i tak jest lepiej, bo jeszcze kilka lat wcześniej sutenerzy prowadzili regularne wojny, strzelali do siebie na ulicach z "kałachów", walczyli nożami i kijami bejsbolowymi. Mała stabilizacja, jaka nastała, nie oznacza jeszcze, że te gangi zniknęły. Zmieniły tylko sposób działania. Są dyskretniejsze. Nie giną ludzie, ale wciąż dochodzi do podpaleń lokali, niszczenia samochodów i pobić.

- Robimy, co możemy, żeby z nimi walczyć, ale jak zamkniemy jednych, to w ich miejsce przychodzą kolejni - przyznaje szczerze jeden z funkcjonariuszy Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku.

Jednak wkrótce wychodzą na jaw fakty o zatrzymanych, które każą już nieco inaczej spojrzeć na tę sprawę i traktować ją jako specyficzną.

Po pierwsze, według późniejszych ustaleń śledczych, na czele grupy nie stał, jak to zwykle w Trójmieście bywało, jeden mężczyzna, tylko trzech. To bracia: Arek, Marcin i Mirek.

Po drugie, ich ojciec był policjantem – "i to całkiem dobrym gliną", jak powiedział mi jego kolega. Potem jednak przeszedł na drugą stronę. Zajął się porwaniami i napadami. Wpadł w 2002 r. i musiał wiele czasu spędzić za kratami. Ze względu na jego przeszłość pojawiły się spekulacje dotyczące możliwych powiązań jego synów z mundurowymi. Od kilku lat mówiło się na mieście, że ich biznes kwitł, a mimo to kartotekę mieli czystą.

Po trzecie, ich działalność miał wyróżniać jeszcze jeden element: coraz więcej sygnałów świadczy o tym, że prowadzone przez rozbity właśnie gang mieszkaniówki nie były zwykłymi agencjami towarzyskimi, z których można było sobie zwyczajnie odejść.

Rozbicie gangu w Trójmieście w 2013 r.

Foto: CBŚP / Materiały prasowe

Rozbicie gangu w Trójmieście w 2013 r.

- Wobec niektórych kobiet stosowano przymus psychiczny, na zasadzie: jak odejdziesz, to nas popamiętasz. Gdy nie chciały pracować, były bite. Wiedziały, że jeśli uciekną, zostaną znalezione i marnie skończą - mówi mi krótko po zatrzymaniu Braciaków Mariusz Marciniak z ówczesnej Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku.

Telefon od alfonsa

Druga połowa września 2013 roku. Staram się ustalić, ile prawdy jest w rozpowszechnianych na forach opiniach, które wskazują, że śledczy wcale nie zlikwidowali wszystkich mieszkaniówek gangu. Wchodzę na popularny trójmiejski portal, wyszukuję ogłoszenia i wysyłam SMS-y do 126 trójmiejskich prostytutek. Pytam, co wiedzą o tej sprawie. Odpowiadają tylko cztery z nich: trzy obelżywie, a czwarta pisze, że to pomyłka. Dopiero dzień później dostaję telefon od szefa którejś z kobiet.

- Jeżeli będzie pan rozgrzebywać sprawę Gdyni i chłopaków z Witawy (to nawiązanie do gdyńskiej dzielnicy Witomino – red.), to pana odpalą. To nie jest żart. Oni byli niebezpieczni i są niebezpieczni, zwłaszcza że część z nich ciągle jest na wolności - rzuca na "dzień dobry" mój rozmówca. - Dziewczyny szprycowano narkotykami. Dwie z nich dostały dziary na całe życie. Ale były też takie, które traktowali jak księżniczki. Zapewniali im operacje plastyczne, powiększanie piersi itd.

Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki bardzo dobrze zna branżę. Tatuaże, o których wspomina, prostytutki Braciaków miały dostać – jak mi mówi - jako karę za to, iż ukrywały przed szefami pieniądze z dodatkowych usług u klientów. Według jego wiedzy policja wzięła się za braci dopiero wówczas, kiedy zgłosiła się jedna z dziewczyn. Zeznała, że zmuszano ją do prostytucji, a gdy odmówiła wyjazdu do klienta, została pobita. Jak podkreśla mój rozmówca, kierowana przez Braciaków grupa miała zarządzać znacznie większą liczbą lokali, niż ustalili śledczy.

- Do innych mieszkaniówek w Trójmieście nikt się nie przypieprza - twierdzi. - Ten biznes powinien być prowadzony dyskretnie. Chłopcy z Gdyni po prostu przegięli pałę. Przejęli bardzo duży rynek prochów i bardzo ostro reagowali na niesubordynację dziewczyn. A do tego trzeba podchodzić inaczej. U nas na przykład pracują tylko te, które chcą. To trzeba traktować jak normalną działalność. Bujać się z niańkami dla nich, załatwiać im fryzjerki, dawać urlopy. Wtedy dziewczynom nie kalkuluje się robić żadnych dymów.

Pod koniec naszej rozmowy dzwoniący do mnie mężczyzna opowiada, że braci zna dobrze, bo wcześniej z nimi współpracował. - Oni się naprawdę nie pierdzielili w tańcu. Dziwię się tylko, że zatrzymanych jest tak mało, skoro samych kierowców mieli aż sześciu. Już nie wspominając o bojówce, która za nimi stała - opowiada. I dodaje, że gang wciąż działa w branży i zachował bardzo dobre dojście do narkotyków.

"To jest nasz sędzia"

Początek października 2013 r. Dzięki rozesłanym wcześniej SMS-om udaje mi się nawiązać jeszcze jeden kontakt. Dzwoni do mnie młoda kobieta. Mówi, że kilka miesięcy wcześniej uciekła z mieszkaniówki Braciaków. Nie chce rozmawiać przez telefon. Boi się podsłuchów. Jadę więc do lokalu na obrzeżach Trójmiasta, w którym mieszka i pracuje razem ze swoją przyjaciółką.

Siadamy w salonie, na fotelach, obok suszarki obwieszonej ręcznikami. Sandra prosi mnie, żebym nie zwracał uwagi na odgłosy zza ściany, bo jej współlokatorka właśnie ma klienta. Podkręca dźwięk w telewizorze, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać. Jest zdenerwowana.

- Poznałam Braciaków w dyskotece, przez koleżankę. Po prostu zaproponowali dobrą pracę. Można było wyciągnąć 10 tys. zł miesięcznie, a nawet lepiej. Na początku mi się to podobało, ja lubię seks. Ale potem robiło się coraz gorzej. Bicie, gwałcenie, obowiązkowe diety, leki powstrzymujące miesiączkę, mało snu, a dla najbardziej nieposłusznych - tatuaże. Dwie dziewczyny gdzieś wywieziono. Nie wiadomo dokąd. Niektóre koleżanki mogły się widzieć z dziećmi tylko raz na kilka dni. W nocy często płakałyśmy - opowiada Sandra.

Jak wynika z jej relacji, była jedną z około 40 kobiet, które pracowały na zmianę w czterech mieszkaniówkach. Wszystkie zatrudniły się dobrowolnie. Problemy zaczynały się wtedy, gdy niektóre z nich chciały odejść. Szefowie byli wściekli. Krzyczeli, że nie po to inwestowali w ich sztuczne piersi. Jak stawiały się nadal, były bite. Tym zajmowali się głównie kierowcy.

Prostytutka opowiada mi również o swoich klientach. Wśród nich mieli być także policjanci i prokuratorzy. Szczególnie zapamiętała jednego z sędziów, który dusił ją w trakcie stosunku. Według niej robił to też innym dziewczynom. Wspomina, że członkowie gangu nazywali go "swoim sędzią".

- Gdy zjawiał się on albo ktoś inny ważny, padało zdanie: zajmijmy się naszym specjalnym gościem. I taki gość mógł wszystko. A że był nieraz z kolegami, dochodziło do zbiorowych gwałtów – mówi Sandra, wlepiając wzrok w suszarkę z ręcznikami.

Wyjaśnia mi również, że z mieszkaniówki udało jej się w końcu uciec, bo pomógł jej kolega. Wyprowadziła się, zmieniła wygląd. Z policją nie chce się jednak kontaktować, bo nie odeszła z zawodu. Mówi, że za dobrze w nim zarabia.

Po tej rozmowie pytam śledczych o tatuaże, które gang miał robić kobietom. Oni wątpią, że tak staranne malowidła na skórze mogły być wykonywane pod przymusem. Ten wątek sprawy nie jest jeszcze brany pod uwagę na poważnie.

Śledztwo trwa. W lutym 2014 r. zostaje zatrzymanych kolejnych sześć osób, które według śledczych należały do gangu. Potem aresztowane są kolejne trzy.

"Kocham mojego pana i władcę Braciaka"

13 października 2014 r. Do Sądu Rejonowego w Gdańsku prokuratorzy kierują akt oskarżenia przeciwko 21 osobom, które według nich uczestniczyły w handlu narkotykami i organizowaniu prostytucji na dużą skalę. Są pewni, że na czele grupy stała trójka braci. W oskarżeniu jest też mowa o szantażowaniu, biciu i zmuszaniu do seksu.

Prokuratura porównuje działalność całej szajki do sekty, która miała działać od 2009 r., zarabiając przez ten czas około 5,8 mln zł na prostytucji, narkotykach, kradzionych w Niemczech samochodach i praniu brudnych pieniędzy. Miała też posiadać nielegalną amunicję i środki wybuchowe. Jej członkom grozi do 15 lat więzienia.

- Bracia wydawali polecenia innym członkom grupy, ustalali skład kobiet pracujących w danym dniu w konkretnej agencji i rozdysponowywali telefony komórkowe, czyli decydowali, które telefony mają pozostawać w agencjach towarzyskich. Podejmowali też decyzje w sprawie udzielenia wolnego dnia dla poszczególnych kobiet oraz decydowali o możliwości ich wyjść do sklepów, do fryzjera czy kosmetyczki - zdradza szczegóły ustaleń prokurator Mariusz Marciniak. I dodaje: - Prostytutki zostały przez nich całkowicie zdominowane i podporządkowane.

To najbardziej przybliżało gang do sekty. Według opisów śledczych miał on swoje zasady i swoich liderów, którym należało się bezwzględne posłuszeństwo. Za złamanie reguł miały grozić surowe konsekwencje, a odejście z grupy bez zgody miało być praktycznie niemożliwe.

Z relacji prokuratorów wynika, że szajka zastraszała również kobiety pracujące na własną rękę, żądając od nich 2 tys. zł miesięcznie za "ochronę". Organizowała także naloty na konkurencyjne mieszkaniówki.

Członkowie grupy mieli wyławiać prostytutki m.in. na dyskotekach. Oskarżyciele twierdzą, że gang wprowadził żelazną dyscyplinę w swoich szeregach, był brutalny i planował przejęcie branży w Malborku i Starogardzie Gdańskim. Przez cztery agencje miało przewinąć się łącznie 70 kobiet, z których udało się przesłuchać 18.

Jednak to nie liczby szokują najbardziej opinię publiczną. W tym samym czasie do sieci trafiają bowiem zdjęcia tatuaży prostytutek, które miały pracować dla Braciaków. Znajdujące się na ich skórze napisy wydają się mówić wszystko: "Wierna suka Marcina", "Niewolnica pana Mirka", "Kocham mojego pana i władcę Braciaka", "Kocham większego Braciaka", "Kocham Organizację" lub "Własność Arka". To nawiązania do braci. Według prokuratorów tak oznaczonych miało zostać osiem kobiet – "najbardziej wiernych i oddanych" szefom gangu.

Jeden z tatuaży kobiety wiązanej przez śledczych ze sprawą

Foto: Materiały śledczych / Materiały prasowe

Jeden z tatuaży kobiety wiązanej przez śledczych ze sprawą

Fotografie obiegają najpierw polskie, a wkrótce zagraniczne media - w USA, Kanadzie, Nowej Zelandii, RPA, Ameryce Południowej, Niemczech i Hiszpanii. To, co nie udało się nawet bezwzględnym podwarszawskim mafiom z lat 90., udaje się grupie podejrzewanej o sutenerstwo w Gdyni: zdobywa sławę na całym świecie.

Buziaczki w stronę oskarżonych

Początek stycznia 2015 r. Rozpoczyna się proces grupy. Policjanci na salę sądową prowadzą skutego mężczyznę. To 25-latek o pseudonimie Pimpas, według śledczych prawa ręka braci. Z zeznań wynika, że odpowiadał za ochronę mieszkaniówek i dowożenie prostytutek do klientów.

W specjalnym miejscu na sali, za szybą, siedzą już Braciaki. Jeden z nich, wyluzowany, z brodą i długimi włosami, pokazuje fotoreporterom dwa place symbolizujące literę "V". Pimpasa funkcjonariusze umieszczają po drugiej stronie, przy oknie.

Pierwsza rozprawa Braciaków

Foto: Mikołaj Podolski / Onet

Pierwsza rozprawa Braciaków

Większość z pozostałych 18 oskarżonych w tej sprawie, z braku miejsc na ławie oskarżonych, musi usiąść na widowni. W pierwszym rzędzie są dwie młode kobiety, które z gorącym uczuciem spoglądają w stronę szyby. Jedna z nich posyła tam buziaki. Widać, że żadna z nich nie żywi urazy do braci, a wręcz zależy im na dobrych relacjach z nimi.

Na wniosek obrony sędzia wyprasza zgromadzonych na sali dziennikarzy. Któryś z oskarżonych krzyczy: "Jak mi przykro!", a pozostali wybuchają śmiechem.

Areszt w państwie teoretycznym

Początek lipca 2015 r. Pół roku od rozpoczęcia procesu Braciaki i Pimpas wychodzą na wolność, wbrew stanowisku prokuratury. Sąd stwierdza, że mogą opuścić areszt za poręczeniem. Orzeka wobec nich inne środki zapobiegawcze, ale łagodniejsze niż te, które stosuje się czasem wobec zwykłych ulicznych złodziejaszków: bracia mają się tylko raz na dwa tygodnie meldować na komendzie i dostają zakaz opuszczania kraju.

Jak tłumaczy mi Tomasz Adamski, rzecznik gdańskiego sądu okręgowego, sąd uznał, że najważniejsze osoby w sprawie zostały przesłuchane, areszt trwa już prawie dwa lata, a oskarżeni na wolności nie mogą zakłócić procesu.

Zainteresowane sprawą osoby są w szoku. "Z każdym dniem nabieram przekonania, że to państwo naprawdę istnieje tylko teoretycznie" - to jeden z łagodniejszych komentarzy, których setki zalewają sieć po wypuszczeniu Braciaków.

Dokładny adres mieszkaniówki

Początek czerwca 2016 r. Wracam do e-maili od Atrakcyjnej Nicoli, która wskazała mi na duński trop działalności gangu. Twierdzi, że pracowała dla niego kilka dni. Gdy dowiedziała się, z kim ma do czynienia, spakowała się, zabrała zarobione pieniądze i wróciła do Polski.

W kolejnych e-mailach opowiada więcej szczegółów. Pisze o selekcjonowaniu Polek do pracy w Danii - tak jak w sekcie: zostać mają tam te najsłabsze psychicznie, którymi łatwo manipulować. Wspomina też o orgiach, przetrzymywaniu pieniędzy dziewczyn, podawaniu narkotyków, planach zajmowania kolejnych części Danii i pracy niemal 24 godziny na dobę.

Nicola twierdzi, że w Danii przebywają wszyscy trzej bracia, od kilku miesięcy próbując rozkręcić tam biznes mieszkaniówek. Przez ten czas miało już od nich uciec kilka kobiet. Pisze, że nie stosują przemocy, ale bacznie obserwują zachowanie prostytutek. Co jakiś czas przywożone są z Polski kolejne. Z lotniska ma odbierać je Pimpas. Podsyłam jej zdjęcia z procesu. Trafnie wskazuje na nich Pimpasa.

Jak zaznacza moja informatorka, jeden z braci chwalił się, że chcą "wykosić konkurencję". To ją przeraziło. Jej zdaniem, jeśli nikt z tym nic nie zrobi, to pewnie im się uda. Nadmienia, że Arek, Marcin i Mirek czasem jeżdżą do Polski. Grupa ma używać dwóch samochodów na gdańskich numerach rejestracyjnych.

W podesłanym przez nią linku znajdują się anonse kobiet. Zachęcają do skorzystania z ich usług w czterech językach: angielskim, niemieckim, polskim i duńskim. Na pięciu zdjęciach jest brunetka, która na ramieniu ma wytatuowany napis "Pana Arka".

Nicola zdradza mi, że sama trafiła do Danii, odpowiadając na ogłoszenie. Wiedziała, do jakiej pracy jedzie, ale nikt nie powiedział jej dokąd dokładnie. "Adres poznałam przypadkiem. Moja koleżanka, z którą przyleciałam, zdołała dostrzec nazwę ulicy, a ja podsłuchałam, jakie adresy podaje telefonistka. W ogłoszeniu są wymienione cztery miejsca, ale mają chyba jeszcze jedno - w Silkeborg" - pisze kobieta.

Po jakimś czasie podsyła mi dokładny adres jednej z mieszkaniówek - na przedmieściach 40-tysięcznego miasta Næstved, kilkadziesiąt kilometrów na południe od Kopenhagi.

Pisze także, że wkrótce odezwie się do mnie jej koleżanka, która również miała pracować dla Braciaków w Danii. Też miała wytrzymać u nich ledwie kilka dni. Wyjechała, bo sprawdziła, z kim ma do czynienia.

"Zanim ktoś nie został na poważnie skrzywdzony"

Połowa czerwca 2016 r. Baśka faktycznie odzywa się szybko. Pytam ją o zdjęcie brunetki. Odpowiada, że wytatuowanych w ten sposób kobiet jest teraz w duńskich mieszkaniówkach więcej. "W Danii mają sporo dziewczyn i cały czas wymieniają na nowe. Pracują same Polki" – potwierdza.

"Nie rozumiem, dlaczego takie osoby wychodzą za śmieszną kaucję na wolność, wracają do tego samego procederu na szeroką skalę oraz chcą rozwinąć sieć tanich mieszkaniówek po całej Danii. Chciałabym wierzyć, że można coś z tym zrobić, zanim ktoś nie został na poważnie skrzywdzony" - wyraża nadzieję Baśka, nie mogąc jeszcze przeczuwać, jak ważne będą te jej słowa za jakiś czas.

W innym e-mailu od niej czytam: "W Danii przebywa obecnie Arek. Marcin pojechał po dziewczyny. W Kopenhadze na mieszkaniu siedzi i pilnuje dziewczyn Pimpas. W pozostałych mieszkaniówkach reszta Organizacji. Prawdopodobnie w Danii jest również Mirek i Klapa, tak wynikało z rozmów telefonistki z Arkiem".

Kim jest Klapa? Baśka i Atrakcyjna Nicola nie wiedzą.

Nie chcą rozmawiać przez telefon. Próbuję je namówić, by podzieliły się swoją wiedzą ze śledczymi. Boją się. Mówią, że przecież ojciec braci był policjantem.

Kontakt z CBŚP

Druga połowa czerwca 2016 r. Szczegółowe informacje o mieszkaniówkach, które przekazują mi Atrakcyjna Nicola i Baśka, znajdują potwierdzenie w internecie. Są także spójne z tymi, które zebrałem o gangu Braciaków w 2013 r. Kobiety wiedzą o rzeczach, które nie były wtedy nagłaśniane w mediach. To przekonuje mnie, że w Danii rzeczywiście rozwija się polski seksbiznes na dużą skalę.

Na czerwono zaznaczono miasta, które zostały wymienione w ogłoszeniu podesłanym przez informatorki

Foto: Google Maps / Materiały prasowe

Na czerwono zaznaczono miasta, które zostały wymienione w ogłoszeniu podesłanym przez informatorki

Podejmuję decyzję o kontakcie ze śledczymi. Obiecuję im, że nie napiszę artykułu o tej sprawie, dopóki nie wykonają konkretnych ruchów. Nie wiem jeszcze, że będę żałował tej deklaracji do końca życia. Przekazuję im podesłany mi adres mieszkaniówki, link do ogłoszenia z wytatuowaną dziewczyną, adres e-mailowy ogłoszeniodawców, ich telefony, a także dostarczone mi informacje o Braciakach. Wyraźnie zaznaczam, że obowiązuje ich zakaz opuszczania kraju, który – według moich źródeł – złamali, więc powinni wrócić za kraty.

W siedmiostronicowym dokumencie, który sporządzam 21 czerwca 2016 r., zamieszczam też informację o tym, że według jednego z moich źródeł w mieszkaniówce w Danii miał się pojawić Klapa, który działał od dwóch dekad w środowisku przestępczym w Trójmieście.

Dostaję potwierdzenie, że moje informacje przekazano do Centralnego Biura Śledczego Policji. Potem następuje cisza.

Minister Błaszczak chwali za przymknięcie Klapy

Sierpień 2016 r. Śledczy ogłaszają sukces, ale nie w sprawie Braciaków, tylko w sprawie Klapy. Chodzi o udaremnienie morskiego przemytu narkotyków z Maroka na gigantyczną skalę. W akcję włączyli się Europol oraz mundurowi z Włoch i Hiszpanii. Na specjalnie zwołanej konferencji pokazano ujęcia z kamer godne serialu "Policjanci z Miami": piękne łodzie i motorówki na morzu, a potem zbliżenia na paczki z narkotykami.

Zatrzymano 23 Polaków, w tym Klapę, którego uznano za herszta grupy. Mundurowi przejęli m.in. 3,5 tony haszyszu i około 250 kg marihuany, które według ustaleń miały trafić do Polski, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Niemiec i na Ukrainę.

Przechwycenie narkotyków na morzu w sprawie Klapy

Foto: CBŚP / Materiały prasowe

Przechwycenie narkotyków na morzu w sprawie Klapy

Szef MSWiA Mariusz Błaszczak chwali policjantów z CBŚP i strażników granicznych podczas przemówienia przed kamerami.

W komentarzach w sieci pojawiają się informacje, że ta sprawa jest powiązana ze sprawą Braciaków, ale śledczy tego nie komentują. Jednak i tak już od kilku lat krążą plotki o tym, że Klapa miał dobrze znać się z braćmi.

Czy on był w stanie sam dowodzić tak wielkim przemytem? – pytam Jarosława Pieczonkę, ps. Majami, byłego policjanta, który ma ogromną wiedzę na temat półświatka w Trójmieście.

- Niewykluczone, że środowisko przestępcze nie mogło sobie poradzić z Klapą, więc poszło po pomoc do policji – odpowiada. - A policji też nie było na rękę, żeby Klapa działał, bo psuł im interesy, które robili ludzie z ich środowiska. Komuś mogło więc przyjść do głowy wkopanie go nawet w rzecz, której nie zrobił.

O Braciakach dalej cisza. Ani oficjalnie, ani nieoficjalnie śledczy niczego nie komentują i nie potwierdzają.

Spotkanie z funkcjonariuszami

Wrzesień 2016 r. Dostaję telefon z gdańskiego CBŚP. Policjanci chcą się ze mną spotkać ze względu na informacje, które przekazałem wcześniej o braciach. Staram się ich przekonać, że dałem im wszystko, co mogłem. Nalegają jednak na spotkanie twarzą w twarz.

16 września w pobliże stacji benzynowej niedaleko Bydgoszczy przyjeżdża para funkcjonariuszy. Pokazują odznaki. Mówią, że to oni doprowadzili do ujęcia Braciaków trzy lata wcześniej. Proszą, bym powiedział im wszystko, czego dowiedziałem się o tej sprawie. Powtarzam im to, co napisałem do policji w czerwcu, a także to, co mówili mi w 2013 r. moi informatorzy.

- Z tego, co się dowiedziałem, wśród środków zabezpieczających zastosowanych wobec braci jest też zakaz opuszczania kraju. A skoro dostali państwo adres miejsca do obserwowania i według dziewczyn oni jeżdżą do Danii, to wystarczy chyba ich złapać tuż za granicą i wsadzić z powrotem do kicia - zauważam.

- Nie przypominam sobie, żeby sąd kogoś odesłał do aresztu za złamanie tego zakazu - patrzy na mnie wyrozumiale funkcjonariusz. Dopiero z jego miny wnioskuję, że wcale nie żartuje, więc powstrzymuję się z pytaniem: "Po co są te zakazy?".

- To chcą ich państwo złapać na czymś większym niż łamanie zakazu opuszczania kraju? Na prostytucji? - nie wytrzymuję. Ale odpowiedź na to pytanie nie pada.

Miejsce spotkania opuszczam w poczuciu, że spełniłem swój obowiązek.

Mija jesień, nastaje nowy rok, potem szybkimi krokami zbliża się wiosna. Nie mam już telefonów od CBŚP, nie ma żadnych komunikatów o braciach. Nawet ich proces jakby stanął w miejscu.

Patrzyła, jak płonie na niej skóra

11 kwietnia 2017 r. I Prokuratura Okręgowa w Gdańsku, i CBŚP ogłaszają na swoich stronach internetowych zatrzymanie zabójców Polki w Danii. "Zabójców" – bo wstępnie zakwalifikowali to zdarzenie jako zabójstwo. Jak się okazuje, doszło do niego trzy miesiące wcześniej, ale długo nie informowano o nim publicznie. Najpierw przez kilkanaście dni Duńczycy ustalali, że ofiara i domniemani mordercy pochodzą z Polski, a potem trójmiejscy śledczy identyfikowali tożsamość podejrzanych i planowali zatrzymania.

Z komunikatów wynika, że w styczniu grupa dziewięciu mężczyzn z Trójmiasta wynajęła w gdyńskiej wypożyczalni dwa samochody, po czym udała się do Aalborg, 200-tysięcznego miasta na północy Danii. Dotarli tam wieczorem. Założyli maski i kominiarki, wtargnęli do mieszkaniówki, rozlali na podłodze benzynę i podpalili lokal, prawdopodobnie używając do tego świecy dymnej.

W środku znajdowały się dwie Polki. 22-letnia zdołała uciec przez okno, ale 31-letnia spłonęła żywcem, dusząc się tlenkiem węgla i patrząc, jak pali się jej skóra.

Gdy straż pożarna ugasiła ogień, na miejscu znaleziono jeszcze zwłoki mężczyzny. Śledczy założyli, że był jednym z napastników, ale nie mogą ustalić jego tożsamości. Przyjęli też, że ich zamiarem było zabicie kobiet.

Na początku kwietnia ujęli na Pomorzu sześciu podejrzanych i postawili im zarzuty zabójstwa oraz usiłowania zabójstwa, za co grozi im dożywocie. Siódmy z nich siedział już wtedy w więzieniu w Niemczech za inne przestępstwo, a za ósmym wydano Europejski Nakaz Aresztowania.

"Jak ustalili funkcjonariusze, do zabójstwa doszło na tle porachunków gangsterskich między grupami czerpiącymi korzyści z nierządu" - rozwiewa w komunikacie wątpliwości na temat motywów zbrodni Rafał Szymański z CBŚP.

Zatrzymanie jednego z podejrzanych o zabójstwo w Danii

Foto: CBŚP / Materiały prasowe

Zatrzymanie jednego z podejrzanych o zabójstwo w Danii

"W Danii działały dwie konkurencyjne, zorganizowane grupy przestępcze, które zaczęły walczyć o wpływy na rynku agencji towarzyskich. Funkcjonariusze ustalili strukturę grupy, która dopuściła się przestępstwa i tożsamość wszystkich osób zaangażowanych w ten proceder" - twierdzi Szymański.

"Zatrzymani są powiązani z braćmi"

Połowa kwietnia 2017 r. Pytam śledczych, dlaczego doszło do tego zabójstwa i czemu nie rozbili szajki. Ponad sześć miesięcy przed tą zbrodnią dostali przecież ode mnie wiele informacji o prężnie rozwijającej się grupie trójmiejskich sutenerów w Danii, która chce przejmować nowe tereny w tym kraju.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku odsyła mnie z tym pytaniem do CBŚP. Gdy pytam w CBŚP, Rafał Szymański pisze mi w e-mailu, że na podstawie wiadomości ode mnie podjęto czynności operacyjno-rozpoznawcze. Twierdzi, że szczegółów nie może mi zdradzić, bo zabrania mu tego prawo. Jego zdaniem powinienem zapytać o to w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku - czyli tam, skąd odesłano mnie do niego.

"W imieniu Komendanta Centralnego Biura Śledczego Policji chciałbym przekazać Panu podziękowanie za dotychczasowy wkład oraz działanie na rzecz poprawy bezpieczeństwa, a także za wsparcie merytoryczne w działaniach funkcjonariuszy Policji. Wyrażam również nadzieję, że brak w obecnej sytuacji możliwości prawnych spełnienia przedmiotowej prośby nie wpłynie na Pana pozytywną postawę względem funkcjonariuszy CBŚP oraz innych organów ścigania" - kończy swoją wiadomość Rafał Szymański.

Ani prokuratura, ani policja nie chcą też oficjalnie potwierdzić lub zaprzeczyć, że podejrzani o zabójstwo mają związki z Braciakami. Krótko potem Onet uzyskuje jednak drogą nieoficjalną informacje na ten temat, z wiarygodnego źródła, od jednego z wysoko postawionych śledczych. - Zatrzymani są powiązani z braćmi, a zaatakowana mieszkaniówka należała do konkurencyjnej grupy z Trójmiasta. Natomiast mężczyzna, który tam zginął, prawdopodobnie przypadkowo oblał się benzyną - tłumaczy nasz informator.

Duńska policja nie odpowiada na mojego e-maila w języku angielskim, w którym pytam o to, co robi w tej sprawie.

Co można, gdy policja nie może?

Czerwiec 2017 r. Kontaktuje się ze mną Atrakcyjna Nicola. Jest wystraszona tym, co się stało w Aalborgu, a jej niepokój podsycił telefon od śledczych, którzy chcą z nią rozmawiać. Ja dziwię się jeszcze bardziej od niej, bo z jej słów wnioskuję, że dopiero rok po przekazaniu informacji o mieszkaniówkach w Danii i jednocześnie prawie pół roku po spaleniu tam żywcem kobiety, dostaję pierwszy sygnał, że CBŚP jednak coś robi w tej sprawie.

Tym razem Nicola zgadza się na rozmowę telefoniczną, podczas której oboje nie dowierzamy, jak mogło dojść do tego podpalenia. Potwierdza też raz jeszcze, że jest pewna, że lokal, w którym pracowała, był zarządzany przez Braciaków i widziała w nim całą ich trójkę, a na miejsce dowoził ją Pimpas.

- Niewiele więcej wiem niż to, co przekazałam panu w e-mailach - przyznaje, gdy zastanawiamy się, czy można zrobić coś więcej w tej sprawie. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że pozostaje tylko ujawnić to, co mi wysłała, bo śledczy już naszym zdaniem raczej nic nie zrobią.

Braciaki "nie komentują plotek"

Jesień 2017 r. Proces Braciaków wciąż trwa. Odbyło się już ponad 60 rozpraw. Według przekazanych mi informacji wciąż przebywają na wolności i nadal są objęci zakazem opuszczania kraju.

Trwa również śledztwo w sprawie zabójstwa prostytutki w Danii i potrwa jeszcze co najmniej kilka miesięcy. Od czasu aresztowania szóstki mężczyzn nikt nie usłyszał w tej sprawie nowych zarzutów. Siódmy podejrzany dalej siedzi w więzieniu w Niemczech, ósmy wciąż jest poszukiwany, a tożsamość dziewiątego, który spłonął w mieszkaniówce, w dalszym ciągu pozostaje nieznana.

Aresztowani przyznają się do tego, że byli na miejscu zbrodni i wywołali pożar, ale twierdzą, że nie chcieli nikogo zabić. Jeśli sąd da im wiarę, kwalifikacja prawna czynu ulegnie zmianie, a kary będą znacznie łagodniejsze niż w przypadku zabójstwa.

- Jeżeli chodzi o ich motywy, to policja już na początku przekazywała, że miało chodzić o porachunki grup przestępczych i na tym etapie tylko tyle można o nich powiedzieć - mówi Onetowi Grażyna Wawryniuk, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

Śledczy nie postawili podejrzanym żadnych zarzutów związanych z sutenerstwem. Prowadzone przez nich postępowanie skupia się na zabójstwie. Żadnych zarzutów nie postawiono też właścicielom mieszkaniówki, którą podpalono.

Pytam telefonicznie pełnomocnika Braciaków, czy mógłby mnie z nimi skontaktować lub przekazać im pytania ode mnie. Zgadza się na to drugie. E-mailem pytam więc o to, czy prowadzili działalność sutenerską, czy byli w Danii, czy był tam u nich Klapa, czy wiedzą coś o zabójstwie Polki i czy znają podejrzanych o to morderstwo. Odpowiedzi na pytania nie dostaję.

Przychodzi za to wiadomość od pełnomocnika Braciaków: "Moi Mandanci stoją na stanowisku, że nie komentują plotek ani tym bardziej nie odnoszą się do materiałów dowodowych bieżących postępowań (przypominam, że sprawa, w której pojawia się kwestia tatuowania kobiet, toczy się z wyłączeniem jawności, co za tym idzie udzielanie jakichkolwiek informacji w tym zakresie stanowi przestępstwo). Ponadto informuję, że w przypadku pojawienia się w mediach jakichkolwiek treści naruszających dobre imię moich Mandantów będę zmuszony wystąpić na drogę prawną przeciwko ich autorom" – odpisuje prawnik braci.

Imiona Braciaków, a także imiona oraz pseudonimy informatorów Onetu zostały zmienione w treści artykułu. Osoby, które mają informacje o morderstwie Polki w Danii, o wojnie trójmiejskich gangów sutenerskich w tym kraju lub o tożsamości niezidentyfikowanego mężczyzny, mogą zgłaszać się do prowadzącej postępowanie Prokuratury Okręgowej w Gdańsku. Można je też przekazywać do autora materiału: mikolaj.podolski@grupaonet.pl

Autor: 
PIOTR PODOLSKI
Źródło: 
ONET.PL

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Zaznacz:

plportal.pl