Bestie w czarnych togach. Walka z mafią urzędniczą i sedziowską trwa już 17 lat

Bestie w czarnych togach zniszczyły niejedno życie. Obojętność tej nadzwyczajnej kasty wobec krzywdy ludzi jest porażająca. Za nic nie odpowiadają. To nie jest równa walka, ale można ich pokonać - twierdzi Marek Kubala. Od 17 lat walczy w sądach. Najpierw procesował się o niewinność, teraz o odszkodowanie. Najwyższe w historii Polski. Wirtualnej Polsce wyjaśnia, dlaczego nienawidzi sędziów i kibicuje reformie wymiaru sprawiedliwości. Opowiada też, jak czuje się człowiek, gdy trafia niesłusznie do aresztu i wali mu się życie.

Kim jest Marek Kubala? To przedsiębiorca z Wałbrzycha, prowadził salon sprzedaży Seata. W 2000 roku został oskarżony o stworzenie przestępczego mechanizmu. Zdaniem śledczych uszczuplił należny podatek, fałszował dokumenty, kierował grupą przestępczą, wręczał łapówki.

Najpierw przez 11 lat walczył o uniewinnienie i wycofanie zarzutów. Od 6 lat stara się o odszkodowanie. Za zamkniętą firmę, straty zdrowotne, zmarnowane prawie dwie dekady życia i długi, które od lat rosną. W sumie domaga się od Skarbu Państwa 48 mln zł. Jeżeli wygra, będzie to największe zasądzone odszkodowanie dla przedsiębiorcy w historii Polski.

Dlaczego wymiar sprawiedliwości - według Kubali - jest winny zniszczenia jego biznesu? W trakcie pobytu przedsiębiorcy w areszcie banki zerwały z nim umowy kredytowe, a dostawca samochodów zakończył współpracę. Firma Kubali była bankrutem w kilkanaście tygodni od jego aresztowania.

W lutym Sąd Najwyższy oddalił skargę kasacyjną Kubali. Teraz chce iść ze sprawą do międzynarodowych trybunałów. Na pomoc liczy też w Trybunale Konstytucyjnym. Decyzję Sądu Najwyższego uważa za kpinę.

Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: "Sędziowska kasta, jak ja ich k....a nienawidzę". Po wpisach w mediach społecznościowych widzę, że krucjata przeciwko sędziom się panu podoba.

Marek Kubala: Polska i Polacy czekają na zmiany od 28 lat. Tam nic się nie zmieniło od tylu lat. Ci sami ludzie, te same układy. To zawsze była nadzwyczajna kasta ludzi. Zawsze dopingowałem, i to niezależnie od opcji politycznej, każdego, kto podejmie się reformy wymiaru sprawiedliwości.

Dyplomatyczna odpowiedź. To zapytam prościej i wprost. Zaorać do spodu?

Mamy rozmawiać ostro?

Prawdziwie.

Polski wymiar sprawiedliwości to jest patologia, która sięgnęła dna. I mówię to nie na podstawie medialnych przekazów, krótkiej przygody z sądami. Mam za sobą 17 lat walki o życie, dziesiątki wiadomości od ludzi skrzywdzonych wyrokami. Tym wszystkim, których życia zostały zmarnowane przez brak kompetencji i kolesiostwo w wymiarze sprawiedliwości, należą się zmiany.

Tu nie chodzi o proste oranie. Tu chodzi o normalność, o przywrócenie prawa. Sędziowie często rażąco naruszają przepisy, popełniają radykalne błędy i nikt z tego nie wyciąga wniosków. Nie ma żadnej odpowiedzialności. A w grę wchodzi przecież ludzkie życie.

Naprawdę przez tyle lat nie spotkał pan nigdy dobrego sędziego? Dobrego prokuratora?

Wręcz przeciwnie. Spotkałem wielu szlachetnych ludzi, ale to wyjątki. I to jest przykre. W sądach jest potencjał, tam są ludzie, którzy zasługują na wyróżnienie. Większość to jednak negatywne postacie. Mógłbym użyć mocniejszych słów, ale ugryzę się w język. Powiem tylko tak: sędziowie i to całe środowisko są oderwani od życia i rzeczywistości. Są oderwani od ludzi, którym powinni służyć.

W wymiarze sprawiedliwości są ludzie, którzy bezwzględnie wykorzystują wszystkie kruczki prawne. Nie biorą pod uwagę tego, że ktoś może umrzeć, biznes może paść. I tak nie poniosą odpowiedzialności. Nic dziwnego, że w takim towarzystwie zaczynają się dziwne układy. Sąd może wszystko. Sądowi zrobić nie można już nic. Patologia.

A może to nie sędziowie są fatalni. Może to Marek Kubala nie ma racji i przez lata ciągnie przegraną sprawę. I obraża się na innych.

Tylko, że racja od początku jest po mojej stronie. Była i jest. Zawsze wskazywałem na to dowody, pokazywałem błędy sędziów. Przecież to nie z mojej winy absurdalny proces karny toczył się 11 lat. To nie z mojej winy zostałem bezprawnie aresztowany, a mój biznes zniszczony. To wymiar sprawiedliwości jest winny. Konkretni ludzie robili konkretne błędy. Zapłaciłem za nie zmarnowanym życiem.

Wiem, do czego pan zmierza.

A to ciekawe. Do czego?

Chce pan wiedzieć, czy przypadkiem mi nie odbiło. Gdybym był sam w tym wszystkim, to może i mógłby mnie pan nazwać wariatem. Nawet bym się nie obrażał. Ale za mną stoją inni ludzie, w tym autorytety prawne.

Oni potwierdzają, że ta sprawa to jeden wielki błąd polskiego wymiaru sprawiedliwości. Sąd odsyłał akt oskarżenia do poprawek kilka razy. W końcu zaakceptował go z błędami, by uniknąć całkowitej kompromitacji. Proces od początku prowadzony był na siłę. Młody sędzia nie miał odwagi, by oprzeć się naciskom.

Rozmawiajmy konkretnie. Czyim naciskom?

Prokuratury, która nic na mnie nie miała, a dążyła do starcia. Wymiar sprawiedliwości jest patologią, od dawna nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. I dziwi mi się pan, że kibicuję reformom?

Autor: Aleksander Koźmiński

ŹRÓDŁO: PAP

Kibicować reformom to jedno, wszystkich sędziów oceniać jedną miarą to drugie. Pisze pan listy do Zbigniewa Ziobry, który jest twarzą "ostrej reformy". "Przyłożę do tej reformy wielki wkład" - podkreśla pan w mediach społecznościowych. A co, gdy minister pana wykorzysta i nie pomoże?

Czy minister Zbigniew Ziobro coś zrobi z dokumentami, które do niego wysłałem, to mnie mało obchodzi. Oni mi nie pomogą, tak jak przez ostatnie kilkanaście lat nie pomagał mi nikt z rządzących. Nikt nie będzie ingerował w przebieg procesu.

System, w jakim funkcjonuje wymiar sprawiedliwości, nie daje gwarancji sprawiedliwego procesu. To środowisko jest przegniłe. Korupcja, układy i patologia.

Jeżeli sędzia kłamie, myli się, fałszuje wyrok, to nie można siedzieć cicho. To trzeba zgłosić, bo zaraz ktoś kolejny trafi na tego samego człowieka. Jaki będzie efekt medialny, polityczny, to mnie nie interesuje. Mnie interesuje namacalna zmiana w systemie. Sądziłem się w latach rządów i SLD, i PiS, i PO. Nie mam na plecach partyjnych sztandarów, jeżeli o to pan pyta.

A zaczęło się…

13 grudnia 2010 roku.

O godzinie…

6 rano.

Kilkanaście dni do świąt.

I uzbrojeni po zęby funkcjonariusze wchodzą do mojego domu. Zakładają kajdanki i zaczynają przeszukanie. Stoję i nie wiem zupełnie, o co chodzi.

Zarzut?

Było ich wiele. Główny to uszczuplenie cła i podatku w imporcie samochodów ze Stanów Zjednoczonych Ameryki. Ponoć zapłaciłem o 475 tys. zł za mało.

Skąd ta kwota?

Jeden z funkcjonariuszy straży granicznej z Kłodzka usiadł w domu i wyliczył wszystko na kartce. Na kolanie. Otworzył papierową giełdę samochodową i porównał, ile kosztuje auto na giełdzie, a ile ja płaciłem cła. I doszedł do tego, że zapłaciłem za mało. Podliczył mniej więcej 45 samochodów i wyszło mu 475 tys. zł. I to była podstawa do zarzutu.

Chyba pan żartuje.

Nie.

Przecież to oczywiste, że pan sprowadzał auta po niższych cenach niż sprzedawał w Polsce na autogiełdzie. Na tym polega biznes.

Pan to wie, ja to wiem. Sąd, prokurator i ten funkcjonariusz tego nie wiedzieli. Śmieszne, prawda? A zniszczyło moje życie. Kwota nie była poparta żadnym poważnym eksperckim dokumentem.

Procedury w takich przypadkach są jasne. Gdy jest podejrzenie uszczuplenia należnych ceł i podatków, to dokumenty trafiają do kierownika Urzędu Celnego. On przygląda się sprawie i ewentualnie wydaje decyzję o zmianie cła na wyższe. Sprawa załatwiona. Kto to widział, żeby do papierów usiadł jakiś kopciuch i coś tam sobie liczył? Ale to nie był pierwszy błąd w mojej sprawie.

To znaczy?

Sąd niesłusznie zdecydował o aresztowaniu. Zaczęliśmy rozmawiać o spektakularnym zatrzymaniu, ale to nie był problem. Mój biznes pogrążyła decyzja o areszcie. W świat poszedł sygnał, że coś jest na rzeczy, że prokuratura ma na mnie papiery.

Winny już na starcie.

Dokładnie. Problem w tym, że o areszcie nie mogło być mowy. A rozstrzygała to ustawa karno-skarbowa. Sędziowie nie znali przepisów, czy nie chcieli znać? Zatrzymanie to jedno, areszt to drugie. Sędzia w 5 minut załatwiła mnie na całe życie. Przecież nikt nawet nie zerknął w papiery. Prokurator powiedział jej pewnie na ucho, żeby mnie aresztować, a dowody przyniesie do sądu później. Nie znalazł ich przez 11 lat.

Po zażaleniu na decyzję o areszcie sąd wyższej instancji wszystko odkręcił. Tylko, że mój biznes był już zniszczony. Było pozamiatane. Gdy byłem wyprowadzany w kajdankach z domu, to miałem dobrze prosperujący biznes. Gdy wróciłem z aresztu, zastałem pusty salon samochodowy. I komorników zaczynających pracę. Umowy na samochody wypowiedziane, umowy kredytowe też.

Autor: Marek Kubala

ŹRÓDŁO: ARCHIWUM PRYWATNE

Z aresztu biznesu nie dało się uratować.

Wiedziałem, że firma się sypie. Trafiały do mnie lokalne gazety, a tam informacje o zatrzymaniu, areszcie, padającym biznesie. Na Dolnym Śląsku robiła się wielka afera, bo sprawę podsycała prokuratura. Organizowała konferencje prasowe, chwaliła się tym wszystkim. Komu ludzie mieli wierzyć? Gościowi siedzącemu w areszcie czy prokuraturze? Tym dobijali mój biznes.

Kontrahenci też wierzyli prokuraturze.

Nie miałem z nimi kontaktu, a oni mieli tylko informacje z prasy. A gdy dzwonili do prokuratury, to słyszeli zapewnienie, że będę siedział jeszcze długo, że zaraz pojawią się nowe zarzuty. Co mieli o mnie myśleć? Jaki bank będzie czekał? Jaki dostawca będzie czekał? Żaden.

Nie sądzę, żeby ktoś mógł sobie wyobrazić, co człowiek przeżywa w areszcie. Świadomość, że 15 lat pracy się wali w ciągu kilku chwil jest przygniatająca. Jeszcze te krzykliwe nagłówki to miałem gdzieś. Ale kiedy prokuratura na konferencjach prasowych mówiła, że "komuś coś udowodniono", to było pozamiatane. Tym byłem wkur****ny. A bezsilnością przygnieciony.

Na przesłuchaniach też pana traktowali jak winnego?

Zawsze. Co chwilę powtarzali, że jeśli się przyznam, to szybko skończymy sprawę, wyrok będzie łagodniejszy. To standardowe w ich działaniu. Liczą, że może ktoś pęknie.

Prokuratura dowodziła, że prowadził pan grupę przestępczą.

Mieli 10 osób, więc od razu mogli stworzyć mocniejszy akt oskarżenia. Ale te grupę to ułożyli sobie fikcyjnie. Przypisali do tego ludzi, z którymi moja działalność nie miała nic wspólnego. Był tam jakiś agent celny z Warszawy, szef firmy transportowej, rzeczoznawca, mój pracownik. Jasne, to ludzie, których na biznesowej drodze spotykałem. Ale... co poza tym? Właśnie nic. Dzięki temu na przesłuchaniu mogli mówić, że wszyscy się już przyznali, więc i tak jestem załatwiony. I byli zdziwieni, że się nie przyznaję do winy. Gdy zobaczyłem zarzuty, to się tylko śmiałem.

To niecodzienna reakcja.

Przez 8 lat sprzedawałem sprowadzane auta. Kontroli celnych miałem całą masę. Wiedziałem, na czym stoję, niczego się nie obawiałem.

I nie było momentu zwątpienia?

Ani przez moment. Raczej mobilizacja. Próbowałem różnych rzeczy w tym areszcie. Wysyłałem grypsy…

Grypsy?

Do szefów z Seata, żeby mnie jeszcze nie skreślali.

Autor: Marek Kubala

ŹRÓDŁO: ARCHIWUM PRYWATNE

Nie jestem do końca obeznany w tych klimatach. Jak się wysyła grypsy do szefów Seata?

(śmiech) Są w sumie dwa sposoby. Na migi przez okno lub karteczkami. Ten drugi jest łatwiejszy. Trzeba zrobić z gazety tubę, do tego lotkę. Lotka to zapałka z owiniętą wiadomością i przyczepionym sznurkiem. Przy dobrych płucach taka lotka leci daleko. A strażnik tylko patrzy, jak mu nad głową fruwają wiadomości. Połowa i tak nie doleciała, ale to nie był problem, wszystko zaszyfrowane. Pod aresztem ktoś łapał lotkę i przekazywał odpowiednią wiadomość dalej. Migów się nie uczyłem.

Pisałem, próbowałem, czekali w Seacie nawet trzy miesiące. Tam byli ludzie obyci z biznesem. Nie wydawali wyroków ot tak po tytułach w gazecie. Ale ostatecznie też rozwiązali ze mną umowę. Działanie prokuratury nie dawało nadziei na szybkie zakończenie sprawy.

Chyba nigdy pan nie sądził, że nauczy się grypsować.

Nie siedziałem sam, miałem dwóch współosadzonych. Trafiłem dobrze. No może nie dobrze, ale to byli ludzie normalni. Jeden młodszy, drugi starszy. Jakieś śmieszne historie, drobne kradzieże. Dla nich byłem nawet trochę gwiazdą. W końcu w gazetach o mnie pisali, chłopaki szybko skojarzyli. Mile ich wspominam, nawet kiedyś mieliśmy okazję się spotkać, wypić piwo. To nie byli przestępcy. Trafili do aresztu przez błędy, przez swoją głupotę. Ale żadna patologia.

Więc był pan idolem. W normalnych warunkach to powód do radości.
Idolem zostałem później. Kibicowali mi, kiedy zobaczyli, że nie dam się tak łatwo prokuraturze. Ale ja to już wcześniej byłem znany w mieście.

Znany z czego?

Otworzyłem pierwszy sex-shop w Wałbrzychu, później sprowadzałem amerykańskie samochody. Małe miasto, więc…

Chwila, moment. Sex-shop?

Musimy grzebać w życiorysie? Najpierw to w ogóle prowadziłem firmę budowlaną. Remontowaliśmy z kolegą, budowaliśmy. Praca ciężka, ale pieniądze były. Przerzucałem cegły, a po głowie chodziła mi Ameryka. Fanem Elvisa Presleya jestem, stare Cadillaki zawsze mi się podobały. W tamtym okresie zdarzało mi się czytać "Cats". To taki miesięcznik albo tygodnik, już nie pamiętam. To było wieki temu. Wydawał to Larry Flynt, znany biznesmen, człowiek sukcesu.

Wydawca świerszczyków. Gołe baby pan oglądał, powiedzmy wprost.

Larry Flynt ma za sobą ciekawą historię. O nim powstał film. Czytając jego gazety zainspirowałem się. Jak on na takich gazetach trzepie taką kasę, to przecież ja też mogę. "Cegłami rzucam, a pieniądze leżą na ulicy" - myślałem. I tak wpadłem na pomysł sex-shopu. Jest rok 1989. Wałbrzych. Dla ludzi szok. Ale kupują!

Ksiądz z ambony pana nie przeklinał?

Przeklinał, przeklinał. Zrobił mi tylko reklamę. Niektórzy to chyba nawet nie wiedzieli, o czym on mówi z tej ambony. Małe miasto, raczej dalekie od nowoczesności. A tutaj takie coś.

A skąd w Wałbrzychu wziąć seksgadżety?

Na początku towar przyjeżdżał z Warszawy. Ale kiedyś przez przypadek poznałem człowieka z Holandii. W tamtych czasach woził kwiaty do innej firmy, zupełny przypadek. Wiedziałem, że Holandia to raj dla takich biznesów. Latarnie i te sprawy.

Zaczepiłem go. To był typowy handlowiec, od razu się zgodził na współpracę. I tak zaczął mi wozić towar. W pewnym momencie i ceny, i wybór miałem lepszy niż w tej hurtowni ze stolicy.

I jak z tego zrodziły się samochody?

A bo w tamtym czasie już chodziły słuchy, że w tej Holandii to są tanie auta. Nie było jeszcze masowego ściągania do Polski, bo papierologia odstraszała. Ten handlowiec od seksgadżetów to zajmował się wszystkim. Jak trzeba było krasnale gipsowe przywieźć, to przywoził. Jak trzeba było jakieś zabawki dostarczyć, to dostarczał. I tak zaczęliśmy o tych samochodach mówić.

Powiedziałem mu, żeby najpierw przywiózł zdjęcia. I wywiesiłem te fotografie z cenami w gablocie w moim sex-shopie. Później ludzie na mieście mówili, że idą zobaczyć auta do mnie (śmiech). I tak zaczął się handel.

Największą reklamę to mi zrobił kiedyś "Teleexpress", telewizja publiczna. Przyjechali do Wałbrzycha z Leszkiem Balcerowiczem, on wtedy był chyba ministrem finansów. Ekipa telewizyjna kręciła się po mieście, żeby coś sobie nagrać. Chodzą, a tutaj sex-shop i samochody w jednym. Bo ja na placu obok sklepu trzymałem sprowadzone wozy. Wjechali z kamerą i robią materiał. Myślałem, że to żart. Jak puścili to w telewizji, to biznes dostał kopa.

Autor: Marek Kubala

ŹRÓDŁO: ARCHIWUM PRYWATNE

Sex-shop, auta z zagranicy. Dla niektórych mogły to być "szemrane biznesy".

Wszystko szło dobrze, dopóki nie wszedłem w sprzedaż nowych samochodów. Sprowadzałem sobie auta z zagranicy, skala była w sam raz dla mnie. W tym czasie tworzyły się już salony samochodowe, oficjalne sieci dilerskie. Pod koniec lat 90. grupa sprzedawców aut była już mocno ukształtowana. I nagle do tej grupy wskoczyłem, bo zamarzyło mi się mieć taki salon dilerski. Młody człowiek, w zasadzie znikąd.

I dlatego znalazł pan na celowniku służb skarbowych?

Gdy stałem się dilerem Seata i zacząłem sprzedaż, to dosyć szybko zacząłem odnosić sukcesy. A co za tym idzie, innym spadała sprzedaż. Konkurencja patrzyła z zazdrością. W Wałbrzychu to jeździły same Seaty. Więc zaczęło się ostrzenie zębów. Na mnie.

A poza tym jeden z prokuratorów był w głębokiej zażyłości z jednym z dilerów. Wymyślili sobie historię i tak się zaczęło. Machina ruszyła.

Autor: Marek Kubala

ŹRÓDŁO: ARCHIWUM PRYWATNE

Głęboka zażyłość, czyli… ?

Powiązania rodzinne.

To poważny zarzut. Składał pan zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa?

Wojowałem ostro z prokuraturą w Wałbrzychu. Jako oskarżony oskarżałem prokuratora, ale to było od razu umarzane. Trafiało przecież do innego prokuratora i kończyła się historia. Te działania nie przyniosły żadnego efektu. Kolesiostwo, już panu mówiłem.

Sprawa jednak trafiła na wokandę. Czyli coś prokuratura miała.

Sąd akt oskarżenia do poprawek cofał pięć razy. Pięć. I to wszystko na mój wniosek. Nic nie było! Zarzut główny nigdy nie został przedstawiony dowodowo w procesie. Efekt? Przedawnienie zarzutu po 10 latach. Sąd nie mógł prowadzić dalej tego procesu. Ale i tak prowadził te hucpę przez 11 lat.

Wyroku skazującego pan nie usłyszał.

Nie. Umorzenie, uniewinnienie. Żadnego wyroku skazującego.

Sumienie też czyste?

Wie pan, jak wyglądało indywidualne sprowadzanie samochodów w tamtym czasie? Każdy zaniżał wartości na umowach, żeby płacić niższe tło. Ale inaczej wygląda sprawa, kiedy się ma firmę. Po co mam zaniżać wartość auta przy wjeździe, sprzedawać drogo i zawyżać sobie dochód? Wyższe podatki bym tylko płacił. Po co miałbym skubnąć 5 tys. zł cła, skoro później zapłaciłbym więcej? Przecież to kretynizm w czystej postaci. Dopiero ja sąd na rozprawach uczyłem logicznego myślenia o biznesie.

Musiałem też tłumaczyć, że jako przedsiębiorca z kontraktem płaciłem trochę mniej niż odbiorca indywidualny. No bo przecież jasne jest, że przyjdę i zamówię kolejne kilkadziesiąt aut. Kupowałem 30 w miesiącu, a nie jeden. Tak to funkcjonuje. A już w ogóle nie wspomnę, że większość samochodów sprzedawałem firmom. Więc żadne szemrane biznesy, tylko normalna działalność.

Sąd chyba myślał inaczej.

11 lat potrzebowali, by zrozumieć, jak działa biznes. Biegli, celnicy, wszyscy tłumaczyli, że to się kupy nie trzyma. I dlatego to w końcu umarło. Ale ja byłem już człowiekiem na dnie. Z długami, bez biznesu.

Czyli po procesie karnym ulgi nie było.

Można się wykończyć przez tyle lat, zwłaszcza w dobrym wieku. Zamiast budować biznes, to ja chodziłem po sądach. A tym bardziej, że od początku sprawy komornicy pukali do drzwi. Nie było chwili oddechu.

Autor: Marek Kubala

ŹRÓDŁO: ARCHIWUM PRYWATNE

Pije się?

Pije.

Płacze?

Płacze.

A rodzina?

Też cierpi. Uniewinnienie było ulgą, ale radości nie było. Nie było sił na skakanie. Tym bardziej, że zaczęła się walka o odszkodowanie.

Ile pan dostał do tej pory?

Do ręki? Nic.

Dlaczego?

Komornicy przejmowali wszystko. Z długów w żaden sposób już nie wyjdę. Nie wystarczy mi na to życia.

Czyli jednak coś tam było.

Za bezprawny areszt "dostałem" 8,5 tys. zł. Za przewlekłość procesu w sumie ponad 30 tys. zł. Był też wyrok na 153 tys. zł. Oczywiście wszystko przejął komornik, pieniędzy nawet nie widziałem. To jednak grosze przy tym, ile straciłem.

A chce pan…

48 mln zł. W tym znajdują się straty poniesione wskutek niesłusznego aresztowania. W tym jest wartość firmy, zobowiązania względem banków i nieruchomość, gdzie był prowadzony salon. Poza tym są też odsetki, które rosły od 16 lat. To wszystko daje mniej więcej kwotę 20 mln zł. Do tego dochodzi jeszcze kwestia utraconych przez te wszystkie lata korzyści. Gdybym prowadził normalnie firmę, to mógłbym przecież dalej zarabiać. Do tego dochodzi jeszcze utrata wizerunku i dobrego imienia.

Gdyby nie areszt, to biznes by funkcjonował?

Czy do dziś, to nie wiem. Wiem za to, że Seat trwał na rynku kolejne 12 lat. Przez ten czas mogłem zupełnie normalnie pracować. Już w pierwszym roku działalności się rozpędziłem. Na drugi rok miałem umowę już dwa razy większą.

Autor: Marek Kubala

ŹRÓDŁO: ARCHIWUM PRYWATNE

Byłem na kasacji w Sądzie Najwyższym. Sędziowie podkreślili, że był pan w spirali długów.

Dwie biegłe w specjalności bankowość i finanse zrobiły opinię finansową, która miała ustalić, jak to z moją firmą było. Sprawdziły aktywa, sprawdziły, czy mogłem dostać kredyt, sprawdziły zabezpieczenia.

Wnioski?

Ogólny bilans finansowy na plus. Na 50 stronach dwie ekspertki dowodziły, że firma zarabiała, stan finansów był dobry, a przedsiębiorstwo mogło dostać kolejny kredyt. Opinia pozytywna.

Sąd zresztą też uznał, że opinia jest dobra. Nie podważył jej ani sąd okręgowy, ani sąd apelacyjny. Nie było tak zwanej kontropinii, na podstawie której można by było coś wykluczyć. W świetle prawa opinia ta została uznana za właściwą, ale… sąd nie wziął jej pod uwagę w wyroku. Mało tego. Z tych samych dokumentów sędziowie wyciągali sprzeczne wnioski.

Jak to?

Nie mam pojęcia. W kasacji kilkakrotnie podkreślałem, że sąd powinien był udowodnić, iż faktycznie byłem w spirali długów. Na stole była opinia biegłych, a w wyroku jakieś bzdury. I to nie poparte żadnymi dowodami. Świadkowie zeznawali na moją korzyść, dokumenty mówiły na moją korzyść. Nawet ludzie z Seata mówili, że umowę rozwiązali, bo siedziałem w areszcie. Nikt nie powiedział, że byłem słabym dilerem. Sąd Apelacyjny wydał wyrok z potwornymi błędami. A Sąd Najwyższy tego nie zauważył.

Autor: Marek Kubala

ŹRÓDŁO: ARCHIWUM PRYWATNE

Czyli ta spirala długów to inwencja sądu. Nie było takiej opinii w całym procesie?

Dokładnie! Sąd nie miał prawa tak zrobić, a tak zrobił. Trudno. Ale po to jest kasacja, by Sąd Najwyższy takie rzeczy skorygował. I oni tego nie zauważyli, bo nie chcieli. Powielili te same błędy. To jest porażka całego wymiaru sprawiedliwości. Kontrola wyroków to mit.

Byłem na rozprawie. Sąd Najwyższy nie wydał wyroku w pana sprawie. Uznał kasację za całkowicie bezzasadną.

To jest kuriozum. Kasacja wpłynęła do Sądu Najwyższego i najpierw była rozpatrywana na posiedzeniu niejawnym. To wstępny etap kontrolny, takie pierwsze sito. I kasacja została skierowana na rozprawę. Przychodzi czas rozprawy, strony się wypowiadają i… zmiana terminu ogłoszenia wyroku. Dlaczego? Sędzia przekonuje, że to sprawa zawiła i wymaga więcej czasu. I zaprasza po wyrok 23 lutego. I co się okazuje na tej rozprawie? Że wyroku nie będzie. Jest decyzja o braku zasadności kasacji. Nagle się odnalazła.

Bo może potrzeba było czasu, by przeanalizować tak obszerny materiał?

Nie. Wie pan, jaka jest różnica? Wyrok musiałby mieć jakieś uzasadnienie, coś, cokolwiek. Decyzja o odrzuceniu kasacji była po prostu najwygodniejsza. Nie trzeba się tłumaczyć. Nie trzeba nic napisać.

Czyli unik.

Postąpili najgorzej, jak mogli. 17 lat, 6 lat procesu o odszkodowanie i taki finał w Polsce?! Przecież Sąd Najwyższy niczego by mi nie dał. Tylko zwróciłby sprawę do innych sądów.

Tymczasem oni po prostu urwali sprawę. Bezczelnie. Powtórzyli to, co mówił Sąd Apelacyjny. Te same błędy, te same bzdury. Mało tego. Sąd Najwyższy nie zauważył nawet, że podczas apelacji sędziowie pomylili umowy. W dokumentach pisali o umowie bankowej, a to była umowa dilerska. To przecież dwie różne sprawy. I to nie była tylko pomyłka w piśmie. Były wyciągane na podstawie tego wnioski! Kpina. Jak można tak robić? To jest właśnie miara jakości wyroku. Gdy są takie podstawowe błędy, to o czym my mówimy? Sąd pomylił dokumenty, a Sąd Najwyższy nie chce nic z tym zrobić. Dno.

A prokuratorów pan pozywał? Sędziów? Oprócz Skarbu Państwa z kimś się pan sądzi?

W tej chwili sędzia ze Świdnicy jest pozwany. Niech pan słucha. W ubiegłym roku powiedział na sali pełnej kamer i dziennikarzy, że umorzenie w sprawie karnej nie oznacza, iż nie popełniłem przestępstwa. Sugestia chyba nazbyt oczywista. A ten sędzia to były prokurator. To dobrze pokazuje jak oni myślą, w jakich kategoriach pracują.

Co będzie dalej z Markiem Kubalą?

Ruszam do Trybunału Konstytucyjnego. Idziemy też do Strasburga. Mam za sobą świetnych prawników, sprawą interesuje się Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Doprowadzimy to do końca.

A nie myślał pan po prostu o upadłości? Skończyłby pan już ten temat.

Nie mogę, bo mam nieruchomość. Bronię jej 17 lat. Po prostu nie mogę tego zrobić. To ona daje mi dziś środki do życia. Umorzenie długów mnie nie ratuje, nie na tym mi zależy. Czekam na wyrok. Sprawiedliwy.

Dalej walka?

Zawsze walka, nie poddaję się. Jeżeli przegram, to chcę mieć to na piśmie. Czekam na wyrok, bo to, co zrobił Sąd Najwyższy, nie było wyrokiem. Albo się bali precedensu, albo… Nie wiem. Czuję tutaj siłę, która chce to uwalić.

Jaką siłę? Mówmy wprost.

Ochrona kolegów. Wymiar sprawiedliwości nie chce się przyznać do błędu. Bo byłby to wyjątkowo spory błąd. Jeden z sędziów na rozprawie powiedział, że ta sprawa chwały wymiarowi sprawiedliwości nie przynosi, ale racji nie mam. Taki wywód sobie zaczął. I kiedy to usłyszałem, to krzyknąłem, że idziemy do Sądu Najwyższego. Tamten sędzia szyderczo życzył mi powodzenia. Z góry wiedział, że nie będzie łatwo.

Ale chyba nie sądzi pan, że ma takie wtyki…

Nie. Po prostu jest w tej kaście.

Już po rozmowie Marek Kubala złożył kolejny pozew. Tym razem będzie się sądził z polskim wymiarem sprawiedliwości w procesie cywilnym o odszkodowanie. Według swoich zapowiedzi 22 maja do Trybunału Konstytucyjnego skieruje skargę na postępowanie Sądu Najwyższego. W czerwcu zamierza wysłać swoją sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Na razie nie ujawnia treści żadnej ze skarg.

Autor: 
MATEUSZ RATAJCZAK
Źródło: 
wp.pl

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Zaznacz:

plportal.pl