Załatwimy was jak tych z Kleczkowskiej

Reklama

pon., 07/23/2018 - 21:49 -- koscielniakk

Handel narkotykami, łapówki, pobicia i sutenerstwo. Takie zarzuty usłyszało 14 strażników więziennych z największego zakładu karnego we Wrocławiu. Dużo wskazuje jednak na to, że wielu z nich stało się ofiarami brudnej gry prokuratury i przestępców, a prawda o tym, co się wydarzyło, może rzucić cień na całą Służbę Więzienną.

 

 

Sąd rejonowy we Wrocławiu. Zeznają funkcjonariusze z Zakładu Karnego numer 1.

Artur K., zastępca dowódcy zmiany: Wielu z nas zatrzymano jedynie na podstawie zeznań recydywistów uzależnionych od narkotyków liczących na warunkowe zwolnienie lub łagodne potraktowanie przestępstw, których dopuścili się w więzieniu.

Grzegorz Ż, były wychowawca: Nie możemy dłużej czekać. Zostaliśmy oszukani i osamotnieni w naszej walce. Teraz każdy umywa ręce od tej sprawy, bo w grę wchodzi wymuszanie fałszywych zeznań przeciwko nam przez policjantów i prokuratora.

Andrzej O., były członek grupy interwencyjnej: Wielokrotnie informowaliśmy prokuraturę o próbach korupcji, handlu narkotykami i zastraszaniu funkcjonariuszy przez więźniów. Za każdym razem odmawiano jednak wszczęcia śledztwa. Teraz ci przestępcy biorą odwet na nas.

***

- Śledzę tę sprawę od samego początku i jestem głęboko poruszony. Skonstruowano akt oskarżenia wyłącznie na podstawie wersji prezentowanej przez doświadczonych licznymi pobytami w więzieniu skazanych przy totalnej spolegliwości prokuratury, pomimo wręcz rażącej chwilami absurdalności tych pomówień – mówi w rozmowie z Onetem dr Paweł Moczydłowski, ekspert i były szef Służby Więziennej.

***

Zakład karny numer 1 we Wrocławiu jest szczególny pod wieloma względami. To prawdziwy "kocioł", w którym wyroki odsiadują pierwszy raz karani, recydywa, szczególnie niebezpieczni, uzależnieni od alkoholu i narkotyków czy więźniowie z pozwoleniem na wykonywanie pracy.

Do tego jest tam zakład półotwarty, szpital, szkoła, areszt, ośrodek odwykowy i "Babiniec", czyli pawilon, w którym wyroki odsiadują kobiety. - W normalnych warunkach taki zakład powinien być rozdzielony na kilka odrębnych jednostek. Więzienie w takim kształcie w ogóle nie powinno istnieć – twierdzi Dr Moczydłowski.

O "Klęczkach" - jak popularnie określa się ZK nr 1 we Wrocławiu - zrobiło się głośno w całej Polsce w styczniu 2017 roku. Superwizjer wyemitował wtedy materiał, z którego wynikało, że osadzone z "Babińca" były wykorzystywane jako prostytutki dla innych więźniów, którzy mieli dobre układy ze strażnikami. Jedna z nich – Katarzyna B. - twierdziła nawet, że była molestowana przez strażnika w więziennej kaplicy. Opowiedziała też historię osadzonej, która w trakcie pobytu w więzieniu zaszła w ciążę.

W więzieniu przy ul. Kleczkowskiej od wielu lat działo się źle. Między 2013 a 2017 rokiem policja zatrzymała tam aż 14 funkcjonariuszy. Większość z nich pracowała na oddziale 4B. To tam wyroki odsiadują najgorsi recydywiści. Funkcjonariuszom postawiono łącznie kilkadziesiąt zarzutów. Najpoważniejsze z nich dotyczyły przyjmowania łapówek od więźniów, handlu narkotykami i umożliwiania kontaktów seksualnych między osadzonymi za pieniądze.

Dwóch strażników – Sławomir U. i Jacek Z. - usłyszało już wyroki skazujące. Pierwszy z nich pomagał w dystrybuowaniu narkotyków na terenie więzienia i został zatrzymany przez samych funkcjonariuszy zakładu karnego. Drugi przekazywał nielegalnie nadprogramowe paczki jednemu z osadzonych.

Jednak pozostali strażnicy nie przyznają się do winy i wciąż toczą bój w sądzie. Twierdzą, że stali się ofiarami pomówień ze strony więźniów i nieczystych działań prokuratora Jarosława Gajka.

Na jaw zaczynają wychodzić fakty, które każą postawić pytanie, kto w tej sprawie jest ofiarą, a kto oprawcą.

Artur organizuje kobiety

Policjanci zatrzymali Artura K. 28 października 2014 roku. Kiedy zakuwali go w kajdanki, jego żona wyprowadzała akurat dzieci do przedszkola. Zdążył jeszcze zasłonić ręce kurtką. W prokuraturze usłyszał zarzuty. Odpowiadał spokojnie na wszystkie pytania. Rzucanie oskarżeń ze strony osadzonych nie jest niczym nowym w tym zawodzie. Nie spodziewał się jednak, że najbliższe dwa miesiące spędzi w areszcie. Nie pokazano mu żadnych dowodów, nagrań, zdjęć, niczego. Cały akt oskarżenia opierał się na zeznaniach więźniów. Recydywistów, wobec których wcześniej egzekwował przestrzeganie prawa.

Według nich, to on, jako oddziałowy, miał rzekomo zarządzać całym biznesem sutenerskim na terenie więzienia i "załatwiać" dla osadzonych dziewczyny z "Babińca". To on miał być tym "alfonsem", o którym później mówiły media.

Jednak, prokuratura postawiła mu w tej sprawie tylko jeden zarzut, na podstawie zeznań osadzonego Przemysława E. pseudonim Przemo, który twierdził, że z takich usług korzystał dwukrotnie.

Poszedłem do Artura i spytałem, czy jest możliwość, aby przyprowadził jakąś dziewczynę. Powiedział, że tak, za 50 złotych. Dwukrotnie skorzystałem z takiej możliwości. Raz było to za 50 zł, raz za 100. Najpierw przekazywałem pieniądze Arturowi, to było po apelu wieczornym na korytarzu. Jak dałem mu pieniądze, to on powiedział oddziałowemu, żeby mnie zaprowadził na 1A do pustej celi. Ta cela była otwarta. Poczekałem chwilę i oddziałowy przyprowadził kobietę. Nie znam jej danych. Odbyliśmy stosunek seksualny. Myślę, że ona zgodziła się za pieniądze, które otrzymywała od oddziałowego. Ten proceder był powszechnie znany wśród »złodziei«. Za drugim razem wyglądało to podobnie, tylko zapłaciłem 100 złotych" – mówił w prokuraturze Przemysław E.

Pomijając fakt, że "Przemo" nie miał żadnych dowodów na poparcie swojej tezy, duże wątpliwości budzą też okoliczności przez niego przytoczone. Oddział kobiecy jest autonomicznym budynkiem na terenie zakładu karnego, z oddzielną administracją i służbą więzienną, złożoną głównie z kobiet. Do pawilonu, w którym miało dojść do kontaktu seksualnego, prowadzi tylko jedna droga, zabezpieczona drzwiami z elektromagnesem i kluczem, który posiadał dowódca zmiany. W dodatku, na oddziale 1A, w którym według "Przema" miało dojść do stosunku seksualnego, przebywali więźniowie szczególnie niebezpieczni, a więc oddział był monitorowany przez 24 godziny na dobę.

- To był strategiczny oddział, więc rodzi się pytanie, ile osób musiałoby być zaangażowanych w ten proceder? Po pierwsze dowódca zmiany, który posiada klucze do przejścia między pawilonami. Jeśli ten wydałby mi klucze, dowiedziałby się o tym też zastępca dowódcy zmiany, funkcjonariusz tzw. bramowy, przewodnik psa specjalnego, który przebywa w tym samym pomieszczeniu, oddziałowe, które musiały by mi wydać tę kobietę, strażnik, który pełni służbę na wieżyczce i funkcjonariusz, który pełni służbę na oddziale 1 A, by udostępnić mu tą cele. Łącznie 10 osób. I to wszystko za jedyne 50 złotych do podziału. Przecież to jest absurd! - bulwersuje się Artur K.

Jego słowa potwierdzali też inni strażnicy więzienni, którzy zeznawali w tej sprawie jako świadkowie. Wszyscy zgodnie potwierdzali, że takie swobodne poruszanie się po więzieniu, szczególnie w porze nocnej, jest po prostu niemożliwe.

Oddziałowy nie zajmuje się pobieraniem osadzonych z cel, tym zajmują się funkcjonariusze doprowadzający, oddziałowy otwiera celę. O tym, że osadzony jest pobierany z celi jest informowany dowódca zmiany. Takie pobranie jest odnotowywane w książce ruchu, która znajduje się w dyżurce oddziałowego" – tłumaczył na sali sądowej Tomasz Sz., dziś już emerytowany funkcjonariusz.

- Jak się idzie w nocy po kryminale, to jest taki hałas, że wszyscy więźniowie to słyszą i zaraz się wszyscy drą z cel: "Co się k***a tłuczesz! Spać nie pozwalają!". A tu proszę sobie wyobrazić, że ten strażnik miał wziąć te dziewczynę, kłapać tymi drzwiami po kolei, kluczy nie miał, bo mieć nie mógł, prowadził ją przez jeden kryminał, potem drugi... Pół Wrocławia wiedziałoby o tym! To jest po prostu niemożliwe – mówi z kolei dr Moczydłowski.

Co ciekawe, "Przemo" nie pamięta dokładnie celi, w której miało dojść do zbliżenia (jedynie oddział), nie pamięta też funkcjonariusza, który pełnił tam wtedy służbę, a który doprowadził go do celi i przyprowadził mu osadzoną. Co więcej, nie zapamiętał też kobiety, z którą odbył stosunek. Ze wszystkich osób, które musiały być zaangażowanie w całą akcję, zapamiętał tylko Artura K. Nie pamiętał nawet, kiedy dokładnie doszło do całej sytuacji. W rozmowie z prokuratorem wskazał jedynie, że miało to miejsce "pomiędzy 2007 a 2008 rokiem". Natomiast w trakcie procesu odmówił odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.

Artur K. irytuje się też na "niechlujstwo" prokuratury. W jego sprawie nie zostały przesłuchane kobiety, które przebywały wówczas w "Babińcu". Co oznacza, że nie próbowano nawet ustalić więźniarki, która rzekomo miała współżyć z "Przemem". - Prokurator oddalił moje wnioski dowodowe twierdząc, że jest to nieograniczona liczba osób do przesłuchania i że to doprowadzi do przewlekłości postępowania. Kompletnie nie rozumiem tych argumentów, bo przecież w "Babińcu" przebywała ograniczona liczba osadzonych – mówi Artur K.

Zeznania innych więźniów ws. procederu prostytucji na terenie zakładu też nie trzymają się kupy. Podają zmienne kwoty, mylą oddziały, nie potrafią sprecyzować dokładnych okoliczności. Oskarżają też wąskie grono funkcjonariuszy, choć w sprawę zaangażowanych musiałaby być armia ludzi, w tym funkcjonariuszki z "Babińca", o których więźniowie w ogóle nie wspominają.

Część osadzonych kobiet poczuła się też urażona oskarżeniami o świadczeniu usług seksualnych dla innych więźniów. Wśród nich była Alicja D., która przebywała na "Klęczkach" ponad sześć lat, m.in. w okresie, który dotyczy tej sprawy.

Pracowałam w administracji jako porządkowa i w kaplicy w tych okresach. To, co mówią w telewizji i w radiu o tej sprawie, jest oburzające. Nas, jako kobiety, które odbywają tam karę, to obraża. [...] Gdy jesteśmy pobierane z celi to zawsze takie wyjście jest odnotowywane, jest wpisywane gdzie idziemy, w jakich godzinach. Nie ma możliwości, żeby takie wyjście to było gdzieś pominięte. Nikt by się na to nie zgodził" – mówiła przed sądem.

Dochodzenie ws. rzekomego seksbiznesu w więzieniu prowadziła zarówno prokuratura, jak i Biuro Spraw Wewnętrznych SW. Żadne nie wykazało jednak, że taki proceder miał rzeczywiście miejsce. Pracę stracił jedynie Janusz M. - funkcjonariusz, który został przyłapany przez pracowników zakładu na pisaniu listów z jedną z osadzonych. Nie znaleziono jednak dowodów na to, że mogło dojść między nimi do zbliżenia. Sama osadzona również zaprzeczyła, by taka sytuacja miała kiedykolwiek miejsce, a ich relacja ograniczyła się do wymiany korespondencji.

Artur bije więźnia

Artur K. usłyszał też inne zarzuty. Jeden z nich mówi, że "bez powodu uderzył ręką w twarz osadzonego, czym naruszył jego nietykalność cielesną oraz spowodował podbiegnięcie krwawe w zakresie oczodołu lewego, które to obrażenie skutkowało naruszeniem czynności narządów jego ciała na okres poniżej siedmiu dni".

Trudno jednak uwierzyć w zeznania tego osadzonego, który w trakcie rozprawy sądowej... nie rozpoznał nawet Artura K. Kiedy sędzia zapytał go, czy może wskazać na sali sądowej funkcjonariusza, który go pobił, ten potwierdził i pokazał na zupełnie inną osobę – a konkretnie jednego z więźniów, zeznającego w sprawie innego funkcjonariusza. Obecna na rozprawie publiczność skwitowała to gromkim śmiechem.

To jednak nie jest najbardziej absurdalny zarzut, jaki usłyszał Artur K. Zarzucono mu też, że w swojej służbowej szafce przechowywał niedozwolony środek w postaci... Ketonalu. Zdaniem prokuratora, główny składnik tego leku, czyli ketoprofen, zażywany w dużych dawkach, może mieć właściwości odurzające, a więc przechowywanie go przez K. w szafce – tutaj dokładny cytat z aktu oskarżenia - "mogło stanowić zagrożenie dla porządku i bezpieczeństwa we wskazanej jednostce organizacyjnej Służby Więziennej, czym działał na szkodę interesu publicznego".

- Ketonal jest lekiem przeciwbólowym, a nie psychotropowym, i posiadanie go na terenie zakładu nie jest zabronione. Tym bardziej, że trzymałem go w zamkniętej szafce, która stoi w zamkniętej szatni. Pomijam już fakt, że na rynku jest wiele leków, które w nadmiarze mogą zaszkodzić każdemu, a leki przeciwbólowe, mogą kupić nawet skazani w więziennej kantynie... - tłumaczy.

Aktualnie Artur K. przebywa na zwolnieniu lekarskim. Leczy się psychiatrycznie, bo cała sytuacja mocno odbiła się na jego zdrowiu.

 

Wychowawca bierze w łapę

Grzegorz Ż. na "Klęczkach" przepracował 20 lat. Przeszedł przez wszystkie szczeble kariery i znał tę robotę od podszewki. Był m.in. strażnikiem na wieży, spacerowym, oddziałowym i konwojentem. Tworzył i był pierwszym etatowym dowódcą Grupy Interwencyjnej Służby Więziennej. To wyspecjalizowana formacja, która zajmuje się m.in. tłumieniem zamieszek w zakładach karnych, kontrolowaniem cel, a nawet konwojowaniem przestępców. Potocznie nazywa się ich "Komandosami Służby Więziennej".

Po ukończeniu studiów dyrektor zaproponował mu stanowisko wychowawcy. To jedna z najbardziej odpowiedzialnych funkcji w więzieniu. Musiał decydować o tym, kto z kim siedzi w celi, wystawiał osadzonym opinie, kierował na odwyki, studia czy do pracy. Jak sam podkreśla, czasem musiał być dla nich jak dobry ojciec, a innym razem jak surowy nauczyciel. Przepracował na tym stanowisku 10 lat. Przez cały okres służby otrzymał około 20 nagród, w tym za za ratowanie jednostki podczas powodzi w 1997 r.

Zatrzymano go 28 października 2014 roku. Kiedy wyprowadzano go z dyżurki w kajdankach, czuł się upokorzony. Zapamiętał dokładnie ten moment. Czuł na sobie spojrzenia więźniów, którzy go mijali. W prokuraturze wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Gdy odczytywano mu zarzuty, zastanawiał się, czy to nie jest kolejny element szkolenia.

- Adwokatka, która przyszła do mnie po kilku godzinach przesłuchania, zapytała jak się czuję. Odpowiedziałem, że dobrze, tylko zastanawiam się, co ja k***a robię o 19:00 w prokuraturze, kiedy w domu czeka na mnie dwójka małych dzieci? - opowiada.

Grzegorz Ż. nie wrócił jednak do domu przez następne dwa miesiące. Tyle czasu spędził w areszcie. Jego dwie starsze córki musiały zrezygnować z pracy, żeby zająć się młodszym rodzeństwem. Żona Grzegorza Ż. pracowała wówczas w Niemczech. Dzisiaj nie potrafi zliczyć, ile nocy spędziła, płacząc w poduszkę. Przez ten czas schudła 16 kg.

Na sali sądowej usłyszał, że ukradł więźniowi kiełbasę. Bo nie wziął śniadania do pracy. Posądził go o to człowiek, który sam odsiaduje wyrok za zabójstwo babci.

- Jak w ogóle reagować na coś takiego? – zastanawia się Grzegorz Ż.

Padły jednak też poważniejsze zarzuty. Grzegorz Ż. - zdaniem więźniów Piotra B. pseudonim "Pigmej" i wspomnianego wcześniej "Przema", - miał przyjmować łapówki za wystawianie pozytywnych opinii penitencjarnych, potrzebnych do ubiegania się o przedterminowe zwolnienie i łączny wyrok. Co ciekawe, z zeznań wynika, że od jednego z osadzonych miał zażądać za tę "usługę" 15 tysięcy złotych, a od drugiego... jedynie 100 złotych.

- To w ogóle jest stek bzdur. Tego Piotra B. to ja nawet na oczy nie widziałem, bo on siedział na innym oddziale. A ja mogę wystawiać opinię tylko osadzonym z mojego oddziału. Po drugie, jeśli nawet wystawię pozytywną opinię, nie ma gwarancji, że więzień wyjdzie na "warunkowe" albo otrzyma taki wyrok łączny, jaki sobie życzy. Bo pod tą opinią musi się jeszcze podpisać kierownik penitencjarny, dyrektor zakładu, a ostateczną decyzję podejmuje sąd. Co więcej, zażalenie w tej sprawie może zgłosić też prokurator – tłumaczy Ż.

Zarzutów jest jednak więcej. "Przemo" i Paweł W. pseudonim "Ślepy" twierdzą, że na zlecenie wychowawcy Grzegorza Ż. i oddziałowego Artura K. (funkcjonariusza "od seksbiznesu") pobili współosadzonego. Potem Grzegorz Ż. miał rzekomo nakłaniać więźniów do składania fałszywych zeznań i tuszować całą sprawę.

Jednak i te zarzuty nie wytrzymują konfrontacji z faktami. Według osadzonych, motywem agresji funkcjonariuszy miały być skargi pisane na strażników przez pobitego więźnia. Sęk w tym, że żadnych skarg nie było.

Co więcej, nie ma żadnych przesłanek wskazujących na to, żeby Grzegorz Ż, jako wychowawca starał się cokolwiek ukryć. O pobiciu osobiście poinformował przełożonych, lekarza i koordynatora. Zawiadomienie w tej sprawie zostało też dwukrotnie złożone do Prokuratury Rejonowej. Choć sam pobity twierdził początkowo, że miał atak padaczki.

O zaangażowaniu w wyjaśnienie tej sprawy najlepiej świadczy notatka służbowa sporządzona wtedy przez Grzegorza Ż.: "Osadzony w obecności drugiego wychowawcy oświadczył, że nic mu się nie stało i prawdopodobnie stracił przytomność po ataku epilepsji. Podkreślił też, że od jakiegoś czasu, po odstawieniu leków, ataki te miały miejsce. Uznałem to tłumaczenie jako mało wiarygodne i mijające się z prawdą. W związku z powyższym poleciłem, aby zmieniono miejsce zakwaterowania zarówno skazanego, jak i współosadzonych w celi. Skierowałem osadzonego na konsultację psychologiczną oraz o całym zdarzeniu powiadomiłem moich przełożonych".

Strażnicy nie mają wątpliwości, że "Przemo" i "Ślepy" doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje wiążą się z pobiciem współosadzonego, dlatego wymyślili historię o strażnikach, którzy im to zlecili. Zwracają też uwagę na wątek rabunkowy. Pobitemu więźniowi skradziono wtedy bluzę marki NIKE, czajnik elektryczny, papierosy i jedzenie. - I co, według pana chodziłem sobie potem w tej bluzie? Przecież to jest śmieszne – irytuje się Grzegorz Ż.

Kolejne zeznania również budzą spore wątpliwości. Na przykład Andrzej W. pseudonim Kurczak stwierdził w prokuraturze, że wychowawca wydrukował mu dokumenty z systemu informatycznego Służby Więziennej Noe.Net dotyczące jego opinii penitencjarnych. "Kurczak" miał mu za to zapłacić 100 złotych.

Problem w tym, że dokument, który przedstawił "Kurczak" został wydrukowany z komputera innego funkcjonariusza, w zupełnie innym budynku. To oznacza, że Grzegorz Ż. nie mógł mieć do niego dostępu, gdyż każdy komputer ma przypisaną konkretną kartę dostępu. Poza tym, "Kurczak" mógł otrzymać tę opinię zupełnie legalnie, bo zwyczajnie pozwala mu na to prawo.

- W pewnym momencie prokurator Gajek powiedział do mnie: "Ale wie pan, że na pana zeznaje pięciu osadzonych". Ja mu na to: "Ale wie pan, że oni wszyscy siedzieli w jednej celi?". On mi na to: "nie szkodzi". To o czym ja mam z nim rozmawiać? Skoro jeden z osadzonych, który mnie pomawia, w 2008 roku zgwałcił osadzonego i ma wyroki za podszywanie się pod policjantów, rozboje i handel prochami. Drugi ma wyroki za pedofilię względem dwóch córek. Jeszcze inni to wieloletni narkomani, którzy cały czas uczestniczą w programie metadonowym i chodzą na haju. To są wiarygodni świadkowie? - opowiada.

Obecnie Grzegorz Ż. jest już na emeryturze. Nie musiało tak być. Mógł jeszcze pracować, prawdopodobnie do tego czasu by awansował. Nie może pogodzić się z tym, że tak zniszczono jego karierę, a państwo, któremu służył potraktowało go, jak bandytę. - Kiedy nas aresztowano, nikt nie podał nam ręki. Zostaliśmy z tym sami – mówi dzisiaj z żalem.

Andrzej handluje narkotykami

Andrzej O. przez lata był członkiem grupy interwencyjnej i specjalizował się w zwalczaniu podziemia narkotykowego na terenie więzienia. Nie spodziewał się, że sam zostanie kiedyś oskarżony o handel narkotykami w zakładzie karnym.

Zatrzymano go w domu. Był już wtedy od roku na emeryturze. To był czerwiec 2016 roku. Tego samego dnia zatrzymano też innych trzech innych funkcjonariuszy. Dalej scenariusz był taki sam. Najpierw odczytanie zarzutów przez prokuratora, a potem 48 godzin na "dołku". Tym razem jednak czara goryczy się przelała. Na wieść o zatrzymaniach w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej wybuchł bunt. Strażnicy "rzucili kluczami" i odmówili wykonywania pracy. Sprawa trafiła do mediów.

Rzeczniczka Służby Więziennej mjr Elżbieta Krakowska powiedziała wówczas, że kilkunastu funkcjonariuszy "wyraziło niezadowolenie" związane z akcją policji i przedłużającym się, bo trwającym kilka lat śledztwem dotyczącym korupcji w więzieniu.

Z naszych informacji wynika jednak, że zbuntowali się wszyscy strażnicy, którzy byli wówczas na zmianie - czyli łącznie 140 osób. Prokuratura zapewniała jednak, że "uczciwi funkcjonariusze nie mają się czego obawiać". Sprawy toczyły się dalej.

Najpoważniejsze oskarżenie w stronę Andrzeja O. rzucił osadzony Mirosław S. W prokuraturze zeznał, że O. sprzedawał mu marihuanę, brał sto złotych za pięć gram.

- Znajomi policjanci powiedzieli mi potem: "To niezły frajer z ciebie. Tak tanio sprzedawałeś? Musiałeś dokładać do tego interesu". Wyjaśnili mi, że warunkach "wolności" gram marihuany kosztuje ok. 40 złotych. W warunkach więziennych, zdecydowanie więcej. Tymczasem S. twierdzi, że za pięć gram płacił mi 100 złotych. Czyli wychodzi 20 zł za gram. Kuriozum – tłumaczy.

Andrzej O. ironizuje, że w ogóle nisko wyceniał swoje "usługi". Według Mirosława S. sprzedał mu odtwarzacz DVD za jedyne 30 złotych. Z kolei zdaniem osadzonego Krzysztofa P. za nieskontrolowanie paczki, w której znajdowały się zakazana w więzieniu kreatyna, wziął łapówkę w postaci... trzech czekolad i kawy Jacobs.

- Zadajmy sobie pytanie, co w tej sytuacji może zrobić prokurator? Na przykład sprawdzić, czy w dniach, kiedy wydawano Krzysztofowi P. paczki, w ogóle pracowałem. A z grafiku jasno wynika, że akurat w tych dniach miałem wolne lub pracowałem na nocki. A w porze nocnej paczek się nie wydaje. Zresztą P. zeznał, że wydałem mu ją w okolicach godziny 14. Tylko że wtedy w ogóle nie było mnie w pracy – mówi Andrzej O. - Analiza tych dokumentów zajęła mi cztery minuty. Prokurator widocznie nie znalazł tyle czasu – dodaje.

Z aktu oskarżenia wynika też, że Andrzej O. był głównym "handlowcem" w ZK nr 1 we Wrocławiu. Zdaniem więźniów sprzedawał odtwarzacze DVD, telefony i odżywki. Główną przesłanką, potwierdzającą słowa osadzonych, miało być konto, które Andrzej O. posiadał na Allegro. Funkcjonariusz tłumaczył, że kupował tam sprzęt dla siebie i swoich bliskich. Prokuratora to nie przekonało, choć sam nie zabezpieczyła żadnego z tych przedmiotów, które rzekomo O. miał sprzedawać więźniom. Czyli po raz kolejny nie posiadał żadnych dowodów rzeczowych na poparcie swojej tezy.

Andrzeja O. obciążył też świadek koronny Marcin U. pseudonim Mafik. Choć nigdy nie mieli ze sobą bezpośredniego kontaktu, "Mafik" zeznał w prokuraturze, że za pośrednictwem więźnia Roberta K. zakupił szachy elektroniczne i odtwarzacz DVD u funkcjonariusza. Tymczasem analiza zakupów na Allegro wykazała, że Andrzej O. nie zakupił takiego modelu DVD, o jakim powiedział "Mafik", a szachy elektroniczne strażnik posiada u siebie w domu. Co więcej, Robert K. (rzekomy pośrednik) zaprzecza, by kiedykolwiek taka sytuacja miała miejsce. Przed sądem powiedział nawet, że prokurator Gajek namawiał go do składania zeznań przeciwko funkcjonariuszowi.

"Ja nawet otrzymałem od prokuratury taką propozycję, że jeżeli potwierdzę zeznania innych osadzonych pomawiających funkcjonariuszy, to odstąpią od moich zarzutów. Ja miałem postawione zarzuty i miałem potwierdzić zeznania tych osób, które pomawiają pana Andrzeja O. Ta propozycja nie dotyczyła tylko pana O. ale też innych funkcjonariuszy" – powiedział w trakcie rozprawy.

Po chwili wskazał bezpośrednio na prokuratora Jarosława Gajka: - To pan mnie zatrzymywał. […] Propozycja była taka, że jeżeli obciążę współoskarżonych, to prokurator odstąpi od moich zarzutów. Ja nie wiem, jak to miało być formalnie uregulowane, ale taka propozycja padła.

To jednak nie koniec absurdów. Jeden z osadzonych zeznał też, że w latach 2012-2015 Andrzej O. brał łapówki za wystawianie wniosków nagrodowych o dodatkowe paczki. Z analizy systemu informatycznego w ZK wynika jednak, że O. nie wypisywał żadnych wniosków nagrodowych przez ostatnie... 10 lat.

Andrzej O.: Stałem się ofiarą nagonki ze strony więźniów. Proszę zauważyć, że osadzeni, którzy mnie pomawiają, to narkomani, a ja jako członek grupy interwencyjnej specjalizowałem się w zwalczaniu narkotyków na terenie zakładu karnego. Co więcej, wielokrotnie ujawniałem narkotyki, które były adresowane do więźniów, którzy mnie pomawiają. Niejednokrotnie docierały do mnie też informacje, że za swoje zaangażowanie zostanę "załatwiony". Osadzeni, którzy wracali z przesłuchań w prokuraturze mówili mi, że więźniowie, którzy zajmują się handlem narkotykami, zeznają na mnie. Byłem jednak pewien, że prokuratura przeanalizuje wszystkie dokumenty i nie da temu wiary. Stało się jednak inaczej. To oni stali się wiarygodnymi świadkami, a z nas robi się przestępców.

 

Bandyci idą na układ

Argumenty, że przeciwko strażnikom zawiązała się w więzieniu przestępcza "spółdzielnia", która miała na celu wyeliminowanie niewygodnych funkcjonariuszy, mają swoje podstawy.

Strażnicy od wielu lat składali dziesiątki zawiadomień – również do prokuratury – w których alarmowali, że część więźniów ich zastrasza i powołuje się przy tym na wpływy w prokuraturze i policji. Przechwytywali też grypsy, w których osadzeni instruowali innych więźniów, jak pomawiać konkretnych funkcjonariuszy. Wielu z tych osadzonych zeznaje dzisiaj w sądzie przeciwko strażnikom.

- Z mego oglądu wynika, że prokurator nigdy nie był w więzieniu chociażby po to, aby na miejscu zapoznać się z istniejącymi tam realiami. Kompletnie nie rozeznaje się w tym środowisku, nie rozumie, iż w rzeczywistości społecznej więzienia – bez neutralnego świadka - permanentnie dochodzi do konfrontacji "klawiszy" i "złodziei", i stąd nieustannie rodzą się artefakty, zmyślone wydarzenia społeczne. Prokurator nie docenia "kreatywnej siły wytrawnych kryminalistów" i możliwości kształtowania przez nich sieci matactw – mówi dr Paweł Moczydłowski.

Wśród świadków prokuratury szczególnie ciekawa jest osoba wspomnianego już Andrzeja W., pseudonim Kurczak. To znana postać we wrocławskim półświatku. W przeszłości karany m.in. za rozboje i handel narkotykami. Na "Klęczkach" również uchodził za jednego z najbardziej krnąbrnych więźniów. Przez siedem lat spędzonych za kratkami był karany dyscyplinarnie około 60 razy, m.in. za próby przemytu narkotyków i sterydów, pozytywne wyniki testów na narkotyki, posiadanie nielegalnych telefonów komórkowych, czy zastraszanie funkcjonariuszy. To on najczęściej obciąża strażników i stał się jednym z najważniejszych świadków prokuratury. Sami funkcjonariusze określają go mianem "etatowego pomawiacza".

Sam Andrzej W. nie ukrywał zresztą, że zeznaje w kilku a sprawach, a nawet przechwalał się, jak "załatwił" funkcjonariuszy na "Klęczkach". Najlepiej świadczy o tym gryps, który strażnicy przechwycili w marcu 2015 roku. Andrzej W. pisał w nim: "Na początku marca były u mnie psy z wojewódzkiej i zaproponowali mi sześćdziesiątkę (nadzwyczajne złagodzenie kary – red.) do Klęczek. Jakoś pod koniec marca będę stąd konwojowany do prokuratora bo on miał osobiście zaproponować sześćdziesiątkę i chce prorok (prokurator – red.) bym zeznawał przeciwko koordynatorowi i reszcie. Z chwilą gdy złożę zeznania, koordynator i reszta zostaną zatrzymani i aresztowani jak wychowawca Ż." Co ciekawe, jego słowa potwierdziły się. Koordynatora i kilku innych funkcjonariuszy zatrzymano 25 stycznia 2016 roku.

Wiarygodność Andrzeja W. podważa przed sądem wielu świadków – zarówno funkcjonariuszy, jak i osadzonych. Jeden z nich, Bogdan G., który przebywał razem z "Kurczakiem" w areszcie śledczym, zeznał, że ten wręcz namawiał go do pomawiania funkcjonariuszy.

Tłumaczył mi, że on chce załatwić służbę więzienną. Ja mam nawet na płycie fotokopie grypsu, który otrzymałem od pana W. […] I w tym grypsie jest takie zdanie, abym też pisał skargi na funkcjonariuszy których on wskaże. Ale ja mu powiedziałem, że nie będę zeznawał na funkcjonariuszy, których nie znam" – mówił na sali sądowej Bogdan G.

Dalej relacjonował: "Pan W. był słynny w całym Areszcie Śledczym, bo on handlował narkotykami i wszyscy o tym wiedzieli. Przemycał też telefony komórkowe. Służba więzienna te telefony ujawniała i ponosił z tego tytułu konsekwencje. On umiał sobie dorabiać w tym więzieniu. I ci funkcjonariusze, którzy go złapali to skończyli tak jak ci którzy siedzą tu na ławie oskarżonych. Bo oni tak działają".

Bogdan G. opowiadał też, że w trakcie konwoju słyszał, jak inni osadzeni umawiali się na pomawianie strażników. Wskazał przy tym m.in. na obecnego na sali sądowej "Przema".

Przeciwko świadkom prokuratury zeznają też inne osoby, w tym m.in. Jakub C., funkcjonariusz, który pracował na oddziale 4B w latach 2011-2014. "Osadzony W. był takim przywódcą grupy, chciał opanować cały oddział, zastraszyć funkcjonariuszy i osadzonych, aby wykonywali jego polecenia. On zastraszał nas wszystkich bezpośrednio. Mówił, że nas udupi jak nie będziemy robić czego oni chcą, że pożałujemy tego wszystkiego" – opowiadał Jakub C.

I dalej: "Osadzeni wobec funkcjonariuszy kierowali groźby karalne i zastraszali nas. Oni mówili, że mają jakieś kontakty w prokuraturze w CBŚ, że jeżeli nie będziemy grać, tak jak oni chcą, to będą nas pomawiać, podkreślali, że mają kontakty w CBŚ i będą nas pomawiać o czynności, których nie dokonaliśmy, np. że przynosiliśmy różne rzeczy, telefony, narkotyki. Oni pozyskiwali adresy naszych miejsc zamieszkania, żeby zastraszać nasze rodziny. Dlatego ja poprosiłem o przeniesienie".

Prokurator Jarosław Gajek nie miał jednak zastrzeżeń do współpracy Andrzeja W. z wymiarem sprawiedliwości. Kiedy "Kurczak" ubiegał się w listopadzie 2016 roku o przedterminowe zwolnienie, Gajek wystosował pismo do prokuratury w Jeleniej Górze, w którym zachwalał jego udział w toczących się śledztwach. Czytamy w nim: "[...] informacje przekazane przez Andrzeja W. okazały się istotne dla dalszego toku prowadzonego postępowania, zaś w cenie tutejszego organu, postawa tej osoby w toku śledztwa nie budzi zastrzeżeń".

Tymczasem Andrzej W. niedawno znów wylądował w areszcie. W czerwcu tego roku został zatrzymany przez Biuro Operacji Antyterrorystycznych. Jest oskarżony o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która zajmowała się m.in. wymuszaniem haraczy i handlem narkotykami. Policjanci z CBŚP twierdzą nawet, że członkowie grupy, przez swoją brutalność, przypominali mafie z lat 90. - I to jest właśnie ten wiarygodny świadek prokuratora Gajka – ironizują dzisiaj strażnicy.

Przedstawiciele Centralnego Zarządu Służby Więziennej nie chcą komentować działań prokuratury ani oceniać wiarygodności świadków występujących w tej sprawie. Biorą jednak pod uwagę, że funkcjonariusze mogli stać się ofiarami pomówień ze strony osadzonych.

Kwestią bezdyskusyjną jest, że przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, tacy jak policjanci, strażnicy więzienni czy nawet kuratorzy sądowi, bywają pomawiani. Nie można wykluczyć, że z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia we Wrocławiu. Należy przy tym stanowczo podkreślić, że w tej chwili jedynym organem uprawnionym do oceny wiarygodności zeznań składanych przez więźniów jest Sąd" - napisał w odpowiedzi na nasze pytania mjr Bartłomiej Turbiarz.

 

 

Terror świadków koronnych

Funkcjonariusze, którzy walczą dzisiaj przed sądem nie mają jednak wątpliwości, że stali się ofiarami brudnej gry. Ich zdaniem to zemsta grupy recydywistów, którzy chcą się w ten sposób odegrać za to, że strażnicy sumiennie wykonywali swoje obowiązki i walczyli z nielegalnymi interesami na terenie zakładu karnego. Twierdzą, że nawet prokurator Jarosław Gajek doskonale o tym wie, a ich sprawę potraktował jedynie jako trampolinę do kariery.

Podobne odczucia ma Dr Paweł Moczydłowski, który uważnie przygląda się całej sprawie. - Po tym, co słyszę na rozprawach, mam wrażenie, że prokurator nie przyjmuje do wiadomości, że więzienie ma swoje struktury i procedury, i że pewne rzeczy są tam po prostu niemożliwe do zrealizowania. No chyba że bezwzględnie wszyscy, którzy tam pracują, należą do zorganizowanej grupy przestępczej – tłumaczy.

- Musi dziwić, że komórka ds. walki z przestępczością zorganizowaną i korupcją Prokuratury Krajowej zajmuje się zniknięciem używanego Play Station za 150 zł i podbitym okiem w kryminale – takie "szwarc, mydło i powidło" - czym efektywnie mogłaby zająć się prokuratura rejonowa. Przypuszczam, iż nie o ignorancję prokuratury czy szerzej, organów ścigania tu idzie a o osiągnięcie celów poza procesowych - wykreowanie rzeczywistości społecznej i organizacyjnej w Zakładzie Karnym nr 1 służącej trwałemu manipulowaniu materią procesową. Myślę więc, że Sąd w Irlandii, kwestionujący praworządność w polskim wymiarze sprawiedliwości może mieć więcej racji niż sam myśli i że jest to wierzchołek góry lodowej – dodaje dr Moczydłowski.

Przekonuje dalej, że do takich sytuacji, jak na "Klęczkach" dochodzi coraz częściej w innych zakładach karnych, gdzie osadzeni szantażują strażników pomówieniami i de facto, sami zaczynają rządzić zakładem karnym. - Dziś w zakładach karnych mamy do czynienia z terrorem małych i dużych świadków koronnych – zaznacza.

Podobne odczucia mają też sami funkcjonariusze. Twierdzą, że dochodzi do nich co raz więcej sygnałów, z których wynika, że sprawa więzienia przy Kleczkowskiej może się odbić na działaniu innych zakładów karnych. - Ci osadzeni jadą potem do innych jednostek i mówią do strażników: "Nie dasz mi podzwonić? To będziesz siedział jak ci z Kleczkowskiej. Załatwimy cię". I na tym patencie zaczynają działać w kolejnych więzieniach. A inni osadzeni to widzą.

Mjr Bartłomiej Turbiarz z Centralnego Zarządu Służby Więziennej: "Funkcjonariusze Służby Więziennej mają codziennie bezpośredni kontakt z osadzonymi, którzy niejednokrotnie formułują wobec funkcjonariuszy bezpodstawne oskarżenia. W związku z wykonywanymi przez siebie obowiązkami, czasami stają się oni obiektem agresji fizycznej i werbalnej ze strony więźniów. Biorąc pod uwagę specyfikę populacji skazanych, nie można wykluczyć sytuacji pomawiania funkcjonariuszy przez więźniów. Dla tych ostatnich jest to pewnego rodzaju sposób walki z administracją zakładów karnych i aresztów śledczych. Właśnie dlatego w każdym przypadku, w którym oskarżany jest funkcjonariusz, Służba Więzienna podejmuje ścisłą współpracę z organami ścigania, w celu jak najszybszego wyjaśnienia sprawy. Służba Więzienna nie prowadzi statystyk dotyczących pomówień funkcjonariuszy przez osoby pozbawione wolności".

Próbowaliśmy skontaktować się w tej sprawie z prokuratorem Jarosławem Gajkiem za pośrednictwem Prokuratury Krajowej. Do momentu ukazania się tego artykułu nie udało nam się jednak uzyskać odpowiedzi na zadane przez nas pytania.

Wkrótce w Onecie kolejne teksty dotyczące tej sprawy.

 

Autor: 
Mateusz Baczyński
Źródło: 
Onet

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Zaznacz:

Reklama

plportal.pl